
W maju 2025 r. poleciałam do Dubaju, do mojej koleżanki Pauliny, która wtedy mieszkała tam i pracowała już od blisko trzech lat.
Pomiędzy wyjazdami do Puszczy Białowieskiej i Dubaju miałam zaledwie dwa dni. W związku z tym, w ciągu jednego tygodnia przeniosłam się z leśnej dżungli do dżungli miejskiej. Z lasu pełnego drzew, do lasu wieżowców. Z królestwa zieleni, do królestwa betonu. Cóż to była za zmiana!
Dubaj – moje wrażenia.
Byłam bardzo ciekawa Dubaju i teraz czuję, że ta ciekawość została zaspokojona. Oczywiście nie spędziłam tam zbyt wiele czasu, zaledwie kilka dni. To jednak wystarczyło, abym mniej więcej zorientowała się, jak wygląda tamtejsze życie. Dużą pomocą w tej kwestii byli oczywiście moi znajomi, Paulina i jej mąż Adam, którzy podzielili się ze mną swoimi wrażeniami, ale swoich własnych odczuć też mam sporo. Najbardziej zaskakujące jest chyba to, że tak szybko odkryłam, że Dubaj to miejsce kompletnie nie dla mnie. Chociaż wyjazd był bardzo udany, zrobiłam tam mnóstwo fajnych rzeczy i przeżyłam kilka przygód, to wiem, że na dłuższą metę bym się tam nie odnalazła.
Chyba jeszcze nigdy żadne miejsce nie zadziałało na mnie tak szybko i moja opinia nie była tak stanowcza i jednoznaczna.
Może się wydawać, że wyznacznikiem standardu życia jest przede wszystkim ilość pieniędzy, ale moim zdaniem ta kwestia jest dużo bardziej złożona. Dla mnie na jakość życia wpływa przede wszystkim szeroko pojęte poczucie bezpieczeństwa, a więc nie tylko wskaźnik przestępczości, ale również zagrożenie wojną, czy też, w tym konkretnym przypadku, równość wobec prawa i poszanowanie praw człowieka.
Jak się okazuje, szalenie ważną sprawą, przynajmniej dla mnie, jest również to, czy mogę iść na spacer, czy też nie! W Dubaju nie brakuje wspaniałych, czyściutkich i klimatyzowanych taksówek, które zabiorą nas w dowolne miejsce, ale dla mnie konieczność podróżowania samochodem w dosłownie każde miejsce jest uciążliwa. Doceniam to, że w Polsce i ogólnie w Europie mogę pokonywać na nogach całe kilometry i swobodnie przechodzić z jednej części miasta do drugiej.
Oczywiście dopiero Dubaj mi to uświadomił, gdyż nigdy wcześniej nie zdawałam sobie sprawy, że są miejsca na świecie, gdzie tego nie ma! Jeszcze bardziej zadziwia fakt, że Dubaj jest przecież nowym miastem, a zatem musiało to być zamysłem jego twórców. Celowo stworzono miasto, po którym się nie chodzi!
Dubajskie upały co prawda nie zachęcają do wędrówek, ale mimo wszystko, fajnie byłoby mieć opcje.
A propos upałów, niesamowicie męczące jest życie, któremu nieustannie towarzyszy szum klimatyzacji w tle. I te drastyczne zmiany temperatur pomiędzy pomieszczeniami i światem zewnętrznym.
Kolejną kwestią jest zieleń, a w przypadku Dubaju, jej brak. Zieleń, zwłaszcza w postaci roślin, to prawdziwe ukojenie dla oczu, głowy, duszy. Natomiast w Dubaju nie ma zieleni prawie wcale. Widać to chociażby z tarasów widokowych. Jak okiem sięgnąć, tylko wieżowce, autostrady, a trochę dalej, na horyzoncie, połacie piachu.
Nasza wycieczka na pustynię była wspaniała, a wydmy piękne i szalenie miło spędziliśmy tam czas. Nie wyobrażam sobie jednak, że miałabym nie mieć możliwości weekendowego wyjazdu w góry.
Podróż.
Spotkanie planowałyśmy z Pauliną już od stycznia, ale wybranie terminu, który wpasowałby się w jej grafik i znalezienie odpowiednich lotów nie było zbyt łatwe. Ostatecznie datę ustaliłyśmy dopiero za trzecim razem. Nie wypalił ani luty, ani kwiecień i ostatecznie udało się dopiero z majem. Najważniejsze jednak, że się udało!
Leciałam liniami Emirates z Warszawy. W sumie na podróż tam i z powrotem musiałam poświęcić całe dwa dni.
Bardzo nie lubię latać, ale w tym przypadku loty były akurat najprzyjemniejszymi etapami tych podróży i najmniej męczącymi, chociaż w jedną stronę leci się ponad 5 godzin.
Szczęście się do mnie jednak uśmiechnęło i w obie strony miałam dla siebie trzy miejsca, co było wprost cudowne!
Był to też mój pierwszy lot „normalnymi” liniami lotniczymi od bardzo dawna, więc miło było włączyć jakiś film i zjeść posiłek. Nie wiem czy to kwestia Emirates, czy ogólnie poprawiło się w kwestii posiłków w samolotach, ale jedzenie było naprawdę dobre. Lecąc do Dubaju wybrałam indyjski posiłek wegetariański i był tak pyszny, że zjadłam wszystko. Wracając zdecydowałam się na standardowe menu i było już znacznie gorzej, ale i tak pozytywnie oceniam jedzenie na pokładzie.
Z dodatkowych atrakcji, to na pokładzie Emirates stewardessy robią pasażerom zdjęcia specjalnym aparatem, które dostaje się na pamiątkę w fajnym etui. Natomiast dla Zojki dostałam zabawki, co też było bardzo miłym akcentem.
Dubaj – zwiedzanie miasta.
W sumie na zwiedzanie miałam 5 pełnych dni, z czego pierwszy i ostatni wykorzystałam na samotną eksplorację miasta, a trzy środkowe spędziłam z Pauliną.
Paulina stanęła na wysokości zadania i zadbała o super atrakcje, za co jestem jej bardzo wdzięczna.
Myślę, że sama nie byłabym w stanie doświadczyć tego, co doświadczyłyśmy razem i tak dobrze wszystkiego zorganizować. Jest to niewątpliwie ogromny plus, gdy można polegać na osobie, która świetnie zna daną destynację, ma sprawdzone restauracje, firmy, czy chociażby fajnego kierowcę. Było naprawdę wspaniale!
Jest to jeden z wielu powodów, dla których uwielbiam odwiedzać moich znajomych za granicą.
Zwiedzanie Dubaju – Dubai Mall, Burj Khalifa i Sky Views.
Obecnie chyba najbardziej ikonicznym budynkiem w Dubaju jest Burj Khalifa. Może nie jest on wybitnie piękny, ale za to najwyższy na świecie!
Wcześniej tytuł ten należał do wieżowca Taipei 101, który znajduje się w stolicy Tajwanu i mierzy 508 m. W marcu 2007 r. zaszczyt bycia najwyższym na świecie przeszedł właśnie na Burj Khalifa, chociaż oficjalna inauguracja budynku odbyła się dopiero 4 stycznia 2010 r.
Burj Khalifa mierzy 828 m, czyli rekord został pobity o 320 metrów!
Można sobie wyobrazić moje zaskoczenie, gdy okazało się, że mój pokój w mieszkaniu Pauliny i Adama ma balkon wychodzący wprost na Burj Khalifa, który zdawał się być dosłownie na wyciągnięcie ręki.
W rzeczywistości budynek znajduje się może ze 100 m w linii prostej od ich mieszkania i dlatego zwiedzanie go zaplanowałam na mój pierwszy dzień w Dubaju.
Wcześniej jednak udałam się na obchód po Dubai Mall, który miałam po drodze.
Sporo słyszałam na temat tej galerii i rzeczywiście jest dość imponująca ze swoim akwarium z rekinami, złotymi żyrandolami, wodospadem i toaletami, gdzie w kabinie można znaleźć kwiaty, lustro, zrolowane, białe ręczniczki i toaletę z tyloma opcjami, że trzeba chwilę pogłówkować zanim wciśnie się odpowiedni przycisk do spuszczania wody.
Niemniej, galerie handlowe to nie bardzo mój klimat, więc wkrótce udałam się właśnie do Burj Khalifa, na taras widokowy, aby móc zobaczyć miasto z góry.
Było kilka opcji biletowych, z czego wybrałam tą, która oferowała tarasy na piętrach 124 i 125 i dodatkowo wejście do innego budynku – Sky Views, gdzie można zobaczyć nieco inną perspektywę na miasto i oczywiście Burj Khalifa w pełnej okazałości.
Jeśli miałabym porównać panoramę Dubaju do jakiejkolwiek innej, którą widziałam w przeszłości, to od razu skojarzyła mi się ona z Las Vegas. Ten sam pustynny krajobraz wokół i oczywiście las wieżowców, a także wielka arteria prowadząca przez miasto.
Widok robi wrażenie, to na pewno, ale brak zieleni jest mocno przytłaczający.
Co ciekawe, większość budynków ma wielki napis Emaar. Jak się później dowiedziałam, jest to jedna z głównych firm deweloperskich w Dubaju i jak widać, postawiła masę budynków w samym centrum, zresztą łącznie z Burj Khalifa i Dubai Mall.
Z ciekawostek, to już pierwszego dnia dostrzegłam na fasadzie Burj Khalifa ekipę myjącą okna, a później, już w budynku, doczytałam, że pomimo tego, iż testowano bardzo innowacyjne metody mycia okien, ta starodawna, czyli ręczna, okazała się najbezpieczniejsza i najbardziej wydajna. Niemniej, potrzeba aż 40 osób i ok. 3 miesięcy, aby umyć cały budynek!
W Burj Khalifa spędziłam ponad dwie godziny, a później udałam się do Sky Views. Musiałam pytać o drogę, gdyż nie było znaków, a Google Maps raczej średnio się sprawdza we wnętrzu budynków.
Tak więc, aby z Burj Khalifa dojść do Sky Views, trzeba udać się na 2 piętro Dubai Mall, znaleźć wejście do tunelu prowadzącego do metra i iść tym tunelem prawie do samego końca, co jest zadziwiająco długim spacerem. Naprawdę, myślałam, że nigdy tam nie dojdę, ruchome chodniki ciągnęły się w nieskończoność.
W końcu jednak zobaczyłam napis Sky Views (stacja metra jest kawałek dalej).
Taras widokowy Sky Views dostarcza dodatkowych atrakcji, gdyż jest tam zjeżdżalnia i możliwość chodzenia po krawędzi budynku, jak w Macau Tower. Może spróbuję przy następnej okazji, ale tym razem byłam zainteresowana tylko tarasem, z którego widok podobał mi się chyba nawet bardziej niż z Burj Khalifa.
Wieczór spędziłam z Adamem, gdyż Paulina była w RPA. Najpierw poszliśmy na piwo, a później do TimeOut Market, gdzie pośrodku znajdują się stoliki, a wokół są stoiska z przeróżnym jedzeniem. Ja chciałam coś lokalnego, więc wzięłam kebab, który podano mi prawie identycznie, jak mojego pierwszego tureckiego kebaba w Stambule blisko 19 lat wcześniej! Smakował też bardzo podobnie.
Fajna miejscówka, ale muzyka była tak głośna, że ciężko było rozmawiać. Dlatego po jedzeniu przenieśliśmy się do pobliskiej knajpki z widokiem na … Burj Khalifa (jakżeby inaczej!).
Wszystkie te miejscówki znajdują się w Souk Al Bahar, który jest usytuowany tuż naprzeciw Dubai Mall. Pomiędzy i wokół znajdują się fontanny, ale akurat podczas mojego pobytu trwały prace renowacyjne.











Zwiedzanie Dubaju – Palm Jumeirah.
Ostatni dzień w Dubaju poświęciłam na Palm Jumeirah, a żeby zobaczyć jak działa komunikacja miejska w Dubaju, na miejsce wybrałam się metrem, tramwajem i The Palm Monorail. Wszystko okazało się ciekawym doświadczeniem, z różnych powodów.
Gdy jechałam tam, było chyba coś koło południa, więc komunikacją nie poruszało się zbyt wiele osób i było całkiem przyjemnie. Jako że metro w Dubaju nie jeździ pod ziemią, a nad, to można podziwiać widoki, np. z wagonu tylko dla kobiet.
W tramwaju, jako że miałam złotą kartę Pauliny, mogłam skorzystać ze złotego przedziału (Gold Class), co oznacza pojedyncze, skórzane fotele w kolorze złota/brązu. Ciekawe, nie powiem. Nigdy wcześniej nie jechałam tramwajem z podziałem na klasy.
Później widziałam na którejś ze stacji tablicę z rozpiską wszystkich kart i jest ich kilka.
Po samej palmie, przez jej środek, jeździ monorail. Całodniowy bilet kosztuje 35 AED i obejmuje wszystkie stacje.
Gdyby moja przygoda z komunikacją miejską objęła tylko podróż tam, to uznałabym to za bardzo pozytywne doświadczenie, godne polecenia.
Niestety moja przygoda obejmowała również podróż z powrotem, w tym przejażdżkę metrem w godzinach szczytu.
Jak się okazuje, jest to dość traumatyczne przeżycie, chociaż ja już niejedno widziałam w różnych miastach świata, w tym w Manili! Dubaj może tej Manili nie przebił, ale gdy udało mi się wysiąść z wagonu, poczułam ogromną ulgę i postanowiłam sobie, że w przyszłości do metra w Dubaju się nie zbliżam, przynajmniej nie w godzinach szczytu.
Otóż wagony były tak przepełnione, że na stacjach udawało się wsiąść zaledwie kilku osobom, a cała reszta pozostawała w kolejkach, czekając na następne pociągi.
Ludzie w środku tworzyli jedną masę, która nie pozwalała na prawie żaden ruch. Przez całą drogę musiałam stać praktycznie nieruchomo.
W pewnym momencie zauważyłam, że na stacjach kobiety (gdyż byłam w żeńskim wagonie) w ogóle się nie przesuwają, żeby przepuścić wysiadających. Przypuszczam, że bały się, że jeśli wysiądą żeby kogoś przepuścić, to nie uda im się wsiąść z powrotem, ale powodowało to niepotrzebne przepychanki.
Trochę mnie to przeraziło, bo byłam po stronie przeciwnej od drzwi. I faktycznie, opuszczenie wagonu okazało się nie lada wyzwaniem, ale na szczęście udało się! Chyba bym się popłakała gdybym musiała jechać na następną stację, a później wracać.
Przechodząc do głównego wątku, czyli Palm Jumeirah, to jest to miejsce bardzo specyficzne, ale z pewnością warte odwiedzenia.
Ja najpierw pojechałam na ostatnią stację – Atlantis Aquaventure, gdyż łudziłam się, że będę mogła tam iść na spacer promenadą.
Właściwie to poszłam na ten spacer, ale bardzo szybko z niego wróciłam. Przeszłam w sumie może ze dwa kilometry i to był szczyt moich możliwości przy upale 41°C. Promenada jest całkowicie wystawiona na słońce, nie ma ani odrobiny cienia i przebywanie tam o tej porze roku jest po prostu męczarnią. A szkoda, bo myślę, że w innych warunkach atmosferycznych, albo w cieniu drzew, taki spacer byłby mega przyjemny.
Przy tej ostatniej stacji znajduje się imponujący hotel Atlantis i największy na świecie park wodny, a tak przynajmniej wyczytałam z billboardu. Myślę, że byłoby to fajną atrakcją zarezerwować trzy noce w tym hotelu i spędzić dwa dni w parku wodnym. Zojce na pewno by się podobało.
Jako że ja do parku wodnego tym razem się nie wybierałam, a innych atrakcji w tym miejscu dla mnie nie było, to wsiadłam znów w monorail i cofnęłam się do stacji Nakheel Mall. Tam, jak można wywnioskować z nazwy, znajduje się galeria handlowa, a także taras widokowy – The View at The Palm.
Taras znajduje się na 52. piętrze i muszę przyznać, że jest niczego sobie. Świat ogląda się przez szyby, czego nie lubię, ale same widoki są doprawdy zachwycające.
Mnie osobiście najbardziej spodobały się wąskie odnogi palmy, na których stoją wille, każda z dostępem do plaży. To co mnie zaskoczyło, to to, że wille są tak niesamowicie blisko siebie i tylko nieliczne mają ogród. Z góry wygląda to trochę jak ekskluzywne slumsy, a przynajmniej takie nasunęło mi się określenie. Kurczę, te domy muszą kosztować majątek, ale nie oferują zbyt wiele prywatności, jeśli stoją praktycznie ściana w ścianę. Najlepsze miejscówki to zdecydowanie te na czubku każdego cypla.
Tak czy inaczej, widok z góry na palmę jest naprawdę piękny i bardzo nietypowy. To jedyne takie miejsce na świecie, więc myślę, że warto się tam wybrać.
A co do samej palmy, to jest ona jedną z największych na świecie wysp stworzonych przez człowieka. Zajmuje powierzchnię ponad 560 ha, a jej średnica to 5 km. Zamieszkuje ją 78 000 ludzi z 70 krajów.
Prace na projektem zaczęły się w 1997 r., kiedy to zlecono czteroletnie badania, które miały dać odpowiedź czy projekt jest możliwy do zrealizowania, a pierwsi mieszkańcy wyspy zaczęli wprowadzać się już w 2006 r. Jak na tak potężny projekt, to wydaje mi się, że poszło ekspresowo.
Pomysłodawcą projektu był szejk Mohammed bin Rashid Al Maktoum, a celem było podwojenie dubajskiego wybrzeża poprzez dodanie 70 km plaż, co miało stanowić platformą dla rozwoju i inwestycji.










Zwiedzanie Dubaju – bazary nad Dubai Creek.
Któregoś dnia wybraliśmy się najpierw do Dubai Old City, a później przepłynęliśmy na drugą stronę Dubai Creek i pochodziliśmy trochę po tamtejszych bazarach.
Stare miasto nie jest tak naprawdę stare, ani nawet na takie nie wygląda. Budynki są zrobione na stary styl, ale widać, że są nowe i daszki z suchych liści wyglądają trochę groteskowo, a takie przynajmniej jest moje zdanie.
Nie mniej warto się tam wybrać, chociażby na zakupy, lub by zobaczyć Starbucks w bardzo nietypowej odsłonie.
Ja zakupy zrobiłam już w pierwszym sklepie i udało mi się całkiem nieźle stargować ceny, a tak przynajmniej mi się wydaje. Trochę żałuję, że nie kupiłam więcej rzeczy, ale jakoś nie miałam energii do zakupów i chyba szkoda mi było czasu.
W każdym razie pochodziliśmy trochę po tym starym mieście, na które składają się przede wszystkim sklepy. Było całkiem przyjemnie, gdyż uliczki są zadaszone jasnymi płachtami, co bardzo pomaga w upale. Co ciekawe, nie było tam zbyt tłoczno, a właściwie w ogóle. Byliśmy jednymi z nielicznych odwiedzających.
Później przeszliśmy się kawałek nabrzeżem (w pełnym słońcu) i wsiedliśmy na małą łódkę, która przewiozła nas na drugą stronę Dubai Creek, do stacji Deira Old Souq.
Po krótkim spacerku trafiliśmy do labiryntu bazarów, już bardziej lokalnych. Można tam było kupić wszystko i było tam znacznie więcej osób, z czego turyści stanowili tylko mały procent.
Na posadzce znajdowały się płytki sugerujące, co sprzedaje się w danej części bazaru. Są tam m.in.: Gold Souq, Perfume Souq, czy też Herbs Souq.
Ta część miasta znacznie różni się od centrum Dubaju, jest biedniejsza, mieszkają tam zwykli mieszkańcy miasta.






Zwiedzanie Dubaju – Dubai Marina.
Wieczorem wybrałyśmy się z Pauliną do restauracji Mama Zonia w Dubai Marina. Jest to miejsce godne polecenia, z wielu względów. Po pierwsze, z tarasu rozpościera się przepiękny widok! Po drugie, jedzenie jest pyszne, a po trzecie, mają tam super obsługę.
To był wspaniały wieczór! Cały czas mogłyśmy podziwiać cudne wręcz widoki na okoliczne wieżowce w nocnej odsłonie. Sam wystrój restauracji, z bujną roślinnością też był super.
Później przeniosłyśmy się na inne piętro, do jakiegoś baru, gdzie dołączył do nas Adam ze znajomymi. Wciąż miałyśmy widoki, więc dobrze wspominam tą miejscówkę.


Safari – Modern Bedouin.
Jedno popołudnie i wieczór poświęciliśmy na safari na pustyni z firmą Modern Bedouin, którą z całego serca mogę polecić. Było to wspaniałe doświadczenie i naprawdę świetnie zorganizowane. Absolutnie do niczego nie mogę się przyczepić.
Naszym kierowcą był Israr i myślę, że to głównie jego zasługa, że tak dobrze się bawiliśmy.
Z tego co się dowiedziałam, podobne safari organizuje wiele firm i można znaleźć dużo niższe ceny. Gdybym jednak wybierała się na taką eskapadę ponownie, to i tak wolałabym zapłacić więcej i jechać z Modern Bedouin.
Większość firm jeździ na pustynię w Dubaju, co widzieliśmy na własne oczy jadąc autostradą. Szczerze mówiąc, wyglądało to dość przerażająco, gdyż na bardzo małym obszarze było bardzo dużo samochodów. Szaleńcza jazda po wydmach w takim tłoku to raczej nie najlepszy pomysł.
My pojechaliśmy znacznie dalej, do innego emiratu – Sharjah i byliśmy tam sami. Gdy Israr popisywał się swoją jazdą po wydmach, którą przeczył zasadom grawitacji, mogliśmy być pewni, że z nikim się nie zderzymy. Ja co prawda i tak myślałam, że zaraz zginiemy, ale przynajmniej nie w wyniku kolizji z innym samochodem.
Główną różnicą pomiędzy pustyniami w Dubaju, a Sharjah jest podobno to, że w Dubaju można pić alkohol, a w Sharjah nie. Dla mnie nie jest to jednak żaden argument w przypadku safari. Nie rozumiem też dlaczego komuś aż tak zależałoby na alkoholu podczas takiej wyprawy. To w końcu tylko kilka godzin!
No nic, ogólnie nasza wycieczka była świetna i podobały mi się wszystkie jej elementy. Każdy był dopracowany i gwarantował wspaniałe doznania i wspomnienia na przyszłość.
Zaczęliśmy od wizyty na małej farmie wielbłądów, które hoduje się dla mleka i mięsa. Nie było tam żadnych typowo turystycznych atrakcji z udziałem zwierząt, których nie lubię i którym jestem przeciwna. Wizyta polegała jedynie na zobaczeniu zwierząt, pogłaskaniu ich i nakarmieniu daktylami.
Jak się dowiedziałam, zagroda do której mogliśmy podejść gromadziła tylko samice i młode. Samce bywają podobno mniej przyjazne i mogłyby na przykład kopnąć.
Samice chętnie podchodziły do siatki i były bardzo absorbujące. Natomiast 3-miesięczny maluch, do którego mogliśmy podejść bliżej, wręcz domagał się głaskania i widać było, że sprawia mu to przyjemność.
Wielbłądy zjadły torbę daktyli, a my po chwili pojechaliśmy dalej.
Na wydmach zaczęła się nasza szaleńcza jazda. Nie byłam na nią przygotowana i nie wiedziałam, że Israr będzie celowo jeździł „niebezpiecznie”, więc miałam dość trudne początki. Po jakimś czasie jednak przywykłam i nawet udało mi się zaczerpnąć z tego nieco przyjemności.
W każdym razie, na taką jazdę po wydmach, samochód jest specjalnie przygotowany. Z opon spuszcza się większość powietrza, zostaje bodajże tylko 10%. Natomiast sufit w samochodzie jest odpowiednio zabezpieczony, żeby zminimalizować ryzyko urazów.
Ja miałam oczywiście wiele pytań na temat potencjalnych wypadków, ale Israr zapewnił mnie, że jest to bezpieczne. Fragmenty zderzaków i opon porzucone na pustyni zdawały się temu przeczyć, ale ostatecznie przyjęłam jego wersję.
Otóż podobno najwięcej wypadków zdarza się podczas szkoleń nowych kierowców, co jest w sumie zrozumiałe. Podczas jazdy z turystami też zdarzają się wypadki, ale jako że samochody turlają się po piasku i mają gąbkę na suficie, to nie są to groźne wypadki.
W tych tańszych firmach ciągle brakuje kierowców, więc nie zawsze osoby dopuszczone do pracy są odpowiednio przeszkolone i wtedy ryzyko wypadku jest większe. To oczywiście kolejny argument, żeby jednak skorzystać z usług lepszej firmy.
Israr opowiedział nam jedną zabawną historię. Mianowicie, jakiemuś kierowcy zdarzyło się sturlać z wydmy z turystami, ale nie stracił zimnej krwi i od razu ruszył dalej, wywołując wrażenie, że było to częścią programu.
Ci turyści opowiedzieli to innym turystom, którym jednak podobny wypadek się nie przytrafił i podobno złożyli skargę.
Kolejną atrakcją na pustyni była jazda na desce przywiązanej do samochodu. Z początku ta wizja mnie przeraziła, ale nie byłabym sobą, gdybym nie spróbowała.
Na pierwszy ogień poszedł Adam, więc miałam szansę nieco oswoić się z myślą, co mnie czeka i zobaczyć, że nie wygląda to aż tak źle jak brzmi.
Co ciekawe, lina łącząca deskę z samochodem wygląda na sztywną, ale taka nie jest. Bałam się, że w którymś momencie mogę wjechać w tył samochodu, ale piasek zdaje się stanowić wystarczający opór, aby do tego nie doszło.
W każdym razie, Israr pociągnął mnie przez pustynię i okazało się to całkiem przyjemnym doświadczeniem. Musiałam mocno się trzymać żeby nie spaść i później bolały mnie od tego ręce, ale okazało się, że mam dość dużo siły (która ewidentnie ujawnia się tylko w ekstremalnych sytuacjach), gdyż spadłam tylko raz.
Gdy widziałam wcześniej jak spada Adam, nie wyglądało to źle, ale jak mnie przyszło wylecieć z tej deski, to okazało się, że w takim momencie kompletnie traci się panowanie nad swoim ciałem. Miałam wrażenie, że moje nogi lecą gdzieś w powietrzu i żyją swoim życiem.
Patrząc na taką jazdę, odnosi się wrażenie, że samochód jedzie bardzo powoli, ale siedząc na desce, odczucie jest zupełnie inne. Trzeba też trochę manewrować ciałem i odchylać się w przeciwną stronę do skrętu.
Całe szczęście, że miałam okulary ochronne, gdyż piasek leciał mi w twarz non stop.
Następną atrakcją był zjazd z wydmy na nieco innej desce. Zanim jednak dotarliśmy w odpowiednie miejsce, czyli na wydmę, która schodzi prawie pionowo w dół, Israr zafundował nam kolejną przejażdżkę pełną wrażeń.
Na miejscu, gdy zobaczyłam tą wydmę, od razu zrobiło mi się gorzej, ale ostatecznie oczywiście się przełamałam i zjechałam. Hamowałam rękami, żeby nie jechać zbyt szybko, ale generalnie mi się podobało. Gdyby nie to, że później trzeba wspiąć się na tą wydmę z powrotem, zdecydowałabym się na drugi zjazd. Podejście było jednak naprawdę mordercze, po usypującym się spod nóg piasku i z wielką dechą w rękach.
Nie pamiętam, czy to było przy jeździe za samochodem, czy z wydmy, ale w którymś momencie Israr walnął mi motywacyjną mowę, która szła mniej więcej tak: „You are not a Chinese lady, you are a European lady!” Jak mówił, Chińczycy to dość specyficzni turyści, podobno pierwsze co robią na safari, to pytają, ile to będzie trwało i kiedy będzie jedzenie (w ogóle mnie to nie zdziwiło). Chinki nie są też zbyt chętne do atrakcji oferowanych na safari.
Po tych wszystkich przygodach, przyszła pora na naszą sesję zdjęciową w długich sukniach. Zważywszy na to, że byłam cała w piasku, a moje włosy wyglądały jakbym spędziła na tej pustyni tydzień, raczej unikałam patrzenia w obiektyw. Co więcej, dość mocno wiało, w związku z czym suknie żyły swoim życiem. W połączeniu z faktem, że ja raczej nie zostałam stworzona do modelingu, okazuje się, że pomimo wielu, wielu zdjęć i dokładnych instrukcji od fotografa, nie bardzo jest co wybrać do pokazania szerszej publiczności. Nie zmienia to jednak faktu, że bawiłyśmy się przednio podczas tej sesji i to jest najważniejsze!
Sesja odbywała się tuż przed zachodem słońca, którego ostatecznie nie udało nam się zobaczyć. Pod sam koniec słońce zostało niestety zasłonięte przez chmury.
Zamiast tego, posiedzieliśmy chwilę w ciszy na wydmie, co było równie wspaniałym doświadczeniem. Cisza na pustyni, to naprawdę next level, jeśli chodzi o ciszę.
Na sam koniec Israr zabrał nas w kolejne miejsce, gdzie czekał poczęstunek. Była arabska kawa, herbata i tradycyjny napój (zapomniałam nazwę). Oprócz tego był świeżo wyciskany sok z pomarańczy, daktyle, pieczywo, przepyszne pasty, w tym hummus i kilka innych przysmaków. Jedzenia było bardzo dużo i było pyszne. Miłym akcentem była również możliwość zapalenia fajki wodnej.
Byliśmy zachwyceni i spędziliśmy tam mnóstwo czasu. Nie chciało się opuszczać tego miejsca. Myślę, że w kraju takim jak Emiraty, chwila samotności wśród natury jest na wagę złota.
Co do samej pustyni, to jest to typowa pustynia piaszczysta i nigdzie w zasięgu wzroku nie widziałam żadnych skał. Podobno nie ma tam też żadnych zwierząt.
Jest natomiast trochę roślinności. W jednym miejscu widziałam sporo drzew, w dużych odstępach od siebie.
Podsumowując, safari na pustyni było super! Świetna przygoda!






Abu Dhabi.
Jeden dzień poświęciłyśmy z Pauliną na wycieczkę do Abu Dhabi. Pojechałyśmy tam samochodem z kierowcą.
Samego miasta nie widziałyśmy wcale, gdyż dwie atrakcje, które miałyśmy zaplanowane, zajęły nam cały dzień. Właściwie to nawet zabrakło nam czasu i tej drugiej nie widziałyśmy w całości. Zatem jest to coś do powtórzenia przy następnej okazji.
Sheikh Zayed Grand Mosque.
W pierwszej kolejności udałyśmy się na zwiedzanie imponującego meczetu – Sheikh Zayed Grand Mosque.
Był to mój pierwszy meczet od dłuższego czasu, bodajże od Malezji w 2020 r., więc cieszyłam się niezmiernie. Zwłaszcza, że jest naprawdę piękny.
Co prawda jego biel może oślepić, ale zarówno fasady, jak i wnętrza stworzono z rozmachem i naprawdę jest co podziwiać.
Uwagę zwraca już dziedziniec, którego posadzkę ozdobiono pięknymi kwiatami występującymi na Bliskim Wschodzie: tulipanami, liliami i irysami. Jak można wyczytać z tabliczki informacyjnej, jest to być może największa mozaika na świecie.
Nic dziwnego, że tak przypuszczają, w końcu dziedziniec zajmuje powierzchnię 17 400 m² i może pomieścić 31 00 wiernych.
Imponująca jest również liczba kopuł – 82, z czego największa ma średnicę 32.6 m i jest wysoka na 84 m.
Minarety są 4, każdy wysoki na ok. 106 m. Ich design odzwierciedla różnorodność i inkluzywność, łącząc różne historyczne style i regiony.
Sześciokątnych kolumn tworzących zewnętrzne arkady jest natomiast 1 096. Obłożono je płytami marmurowymi inkrustowanymi wzorem kwiatowym z kamieni półszlachetnych takich jak: czerwony agat, masa perłowa, czy też lazuryt.
W sali modlitewnej znajduje się największy na świecie ręcznie tkany dywan (Guinness World Records). Tworzyło go ok. 1 200 osób przez dwa lata! Zajmuje powierzchnię 5 400 m² i waży 35 ton! W 70% jest zrobiony z wełny, a pozostałe 30% to wełna i bawełna.
W meczecie znajduje się też 11 ciekawych zegarów w kształcie kwiatów z sześcioma płatkami. W środku umieszczono zwykły zegar i daty (jedną zgodnie z kalendarzem gregoriańskim, a drugą zgodnie z kalendarzem islamskim), a każdy z płatków przyporządkowany jest do jednej z modlitw.
Na tyłach meczetu jest mauzoleum szejka Zayed’a, uznawanego za ojca Emiratów, które można obejrzeć przez ogrodzenie.
Jak już wspomniałam, meczet jest naprawdę imponujący, zbudowany z rozmachem i warto go odwiedzić. Co prawda cały czas trzeba trzymać się wyznaczonych ścieżek i nie ma mowy o swobodnej eksploracji, ale trasa prowadzi w ten sposób, że można zobaczyć wszystkie najważniejsze elementy architektoniczne.
Jedyne co mi się nie podobało w meczecie jeśli chodzi o wystrój, to żyrandol w sali modlitewnej. Jak dla mnie jest niebywale kiczowaty.





teamLab Phenomena Abu Dhabi.
Drugim punktem programu było muzeum teamLab!
Odkąd z teamLab zetknęłam się po raz pierwszy, w Tokio, jest to jedna z moich ulubionych atrakcji. Dotychczas nie wiedziałam jednak, że staje się ona aż tak popularna i kolejne placówki, a także przeróżne wystawy, powstają w kolejnych miejscach.
Abu Dhabi było moim trzecim zetknięciem z teamLab, właśnie po Tokio, a także po czasowej wystawie w Singapurze. Byłam przeszczęśliwa, gdy usłyszałam, że się tam wybieramy i całkowicie oszołomiona po wizycie w tym miejscu.
teamLab jest super i każdemu polecam się tam wybrać. Trzeba jednak pamiętać, żeby zarezerwować sobie mnóstwo czasu na tą atrakcję, nawet cały dzień. My miałyśmy ok. dwóch godzin i było to stanowczo za mało. Niestety nie udało nam się zobaczyć wszystkiego.
Czym jest teamLab? teamLab to miejsce, które eksploruje powiązania pomiędzy naturą, sztuką, nauką i technologią. Instalacje tworzone przez międzynarodowy kolektyw artystyczny są zainspirowane balansem pomiędzy naturą, światem zbudowanym przez człowieka i środowiskiem. Co więcej, na dzieła mamy wpływ również my, odwiedzający, poprzez kontakt z nimi.
teamLab to miejsce gdzie każdy z nas może zanurzyć się w sztuce i stać się częścią otoczenia. Jest to naprawdę niesamowite doświadczenie, w dodatku wręcz bajeczne wizualnie! Pobyt w teamLab wiąże się też z przeróżnymi doświadczeniami dla zmysłów, a czasami może nawet stanowić lekkie wyzwanie.
Nie będę dokładnie opisywać wszystkich pomieszczeń, gdyż tego trzeba po prostu doświadczyć samemu. Namiastką niech będą zdjęcia.








Podsumowanie.
Tak oto wyglądał mój krótki, ale pełen wrażeń pobyt w Emiratach. Było super i na pewno będę chciała się tam wybrać ponownie, z Kasprem i Zojką.
Jak już wspomniałam, nie jest to miejsce, w którym kiedykolwiek chciałabym zamieszkać, ale fajnie zobaczyć taki inny świat i doświadczyć czegoś zupełnie odmiennego.








