Rok 2025 uważam za udany jeśli chodzi o wycieczki górskie. Pod względem ilości wyjazdów i tras był zbliżony do roku poprzedniego, ale jednak trochę lepszy, więc trend wzrostowy wciąż się utrzymuje.

W sumie w górach spędziłam 6 weekendów (dwa z Kasprem, a cztery z moją górską grupą), a poza tym byłam na dwóch jednodniowych wycieczkach (z Kasprem). Według mapy turystycznej przeszłam 215.8 km.

Oczywiście nie jest to szalony wynik, ale jak dla mnie satysfakcjonujący. Biorąc pod uwagę ile się dzieje w moim życiu, to naprawdę jestem zadowolona.

Korona Gór Polski.

W 2024 r. udało mi się zdobyć 4 szczyty Korony Gór Polski (Mogielica, Lubomir, Skrzyczne, Turbacz), a Kasprowi 3 (Mogielica, Lubomir, Turbacz). Mało imponujący wynik, ale i tak nieźle na początek. Natomiast plan na 2025 r. zakładał oczywiście znaczną poprawę.

Tym razem nie czekaliśmy do wiosny i jak tylko nadarzyła się pierwsza okazja żeby gdzieś wyjechać, wyruszyliśmy zdobywać kolejny szczyt Korony Gór Polski.

Padło na Łysicę, czyli najniższy szczyt Korony. Dla mnie była to piąta pieczątka, a dla Kaspra czwarta.

Natomiast w marcu wyjechaliśmy w góry na cały weekend, tak aby zdobyć dwa kolejne szczyty Korony Gór Polski. Na pierwszy ogień poszedł Czupel w Beskidzie Małym, a następnego dnia przeszliśmy piękną trasę na Skrzyczne. Chodziło o to, żeby Kasper nadrobił brakującą pieczątkę, gdyż ja Skrzyczne po raz pierwszy zdobyłam rok wcześniej. W ten sposób, już oboje mogliśmy pochwalić się sześcioma pieczątkami.

We wrześniu zdobyliśmy kolejne dwa szczyty. Najpierw Wysoką w Pieninach, a następnego dnia Radziejową w Beskidzie Sądeckim. Ja na obu tych szczytach byłam już wielokrotnie, ale pierwszy raz odkąd mam książeczkę. Niestety na Wysokiej skrzyneczka z pieczątkami była zniszczona, więc pieczątki nie mamy, ale osiem szczytów Korony Gór Polski zdobyliśmy.

Niestety to na razie tyle. Po raz kolejny nie udało się wyjść na Lackową (oryginalnie planowałam ten szczyt już w 2024 r.), ale mam nadzieję, że w 2026 r. uda się już na pewno. Oprócz tego chciałabym w najbliższej kolejności zdobyć Babią Górę i może Tarnicę. Cała reszta, poza Rysami, jest na tyle daleko, że będzie wymagała dłuższych wypraw.

Oczywiście w między czasie jeździłam też na inne wycieczki górskie i zdobywałam inne szczyty. Poniżej krótka relacja ze wszystkich moich wycieczek w polskie i słowackie góry w 2025 r. Zarówno tych po Koronę Gór Polski, jak i pozostałych.

Łysica (Góry Świętokrzyskie) – 18 styczeń 2025.

Pierwszy wyjazd w góry w 2025 r. okazał się najłatwiejszym na jakim kiedykolwiek byłam.

Łysica, czyli najwyższy szczyt w Górach Świętokrzyskich mierzy sobie zaledwie 614 m, a wyjście na nią to bardzo przyjemny i niezwykle mało wymagający spacerek.

Co ciekawe, szczyty Łysicy są tak naprawdę dwa. Jeden to ten główny, wierzchołek zachodni, Łysica, przy którym wszyscy robią sobie zdjęcia i gdzie znajduje się pieczątka. Drugi to oddalony o ok. 700 m wierzchołek wschodni, Łysica – Skała Agaty, który jest tak naprawdę odrobinę wyższy. Różnica to zaledwie 65 m, ale jednak.

Oczywiście zdobyliśmy oba wierzchołki, a także zrobiliśmy fajną, niespełna 10-kilometrową traskę, aby pobyć w górach odrobinę dłużej.

Gdybym wiedziała, że na miejsce uda nam się dojechać tak szybko i sprawnie, pewnie zaplanowałabym dłuższą trasę, no ale nie wiedziałam, a nie chciałam żeby na szlaku zastał nas wieczór. No nic, bardzo spodobało mi się w tym zupełnie dla mnie nowym paśmie górskim, więc na pewno jeszcze kiedyś wrócę, żeby zdobyć Łysą Górę i inne okoliczne szczyty.

Jako że mieszkamy przy linii kolejowej na północ od Krakowa, to do pociągu wsiedliśmy u siebie i nie musieliśmy najpierw jechać do miasta. Zaoszczędziło nam to sporo czasu. W Kielcach byliśmy już ok. 8:30.

W dalszej kolejności plan zakładał przejazd autobusem do Świętej Katarzyny, ale jako że na autobus musielibyśmy czekać ok. 2 h to szybko odwróciliśmy trasę i udaliśmy się do Bielin. Ostatecznie wyszło nam to na dobre, gdyż jak się okazało, podejście ze Świętej Katarzyny jest króciutkie, ale dużo bardziej strome niż to z Bielin i w rezultacie praktycznie w ogóle nie odczuliśmy, że idziemy pod górę.

Po tym jak wysiedliśmy w Bielinach, przedreptaliśmy kawałek wzdłuż głównej drogi, do skrętu w ul. Graniczną i właśnie tam wkroczyliśmy na szlak niebieski, który niedługo później złączył się z czerwonym. Dalszą część trasy, aż do końca, czyli do miejscowości Święta Katarzyna, szliśmy szlakiem czerwonym. Było to niewiele ponad 9 km i zajęło nam dokładnie 3h i 20 min, łącznie ze wszystkimi przystankami, w tym ok. pół godziny na szczycie.

Poza początkiem trasy, który biegł drogą, cały czas szliśmy przez las, a dokładnie przez Puszczę Jodłową. Widoków panoramicznych nie było, ale las wyglądał jak z bajki. Śniegu było sporo, zwłaszcza na drzewach i krzewach i tworzyło to naprawdę przepiękny krajobraz.

Pierwszy, króciutki przystanek mieliśmy na Przełęczy św. Mikołaja. Stoi tam mała kapliczka z rzeźbą świętego w środku. Jest on patronem wielu osób, w tym podróżników i służy pomocą w każdej potrzebie. Chroni też przed dzikimi zwierzętami, zwłaszcza wilkami.

Z tablicy informacyjnej wyczytaliśmy, że wg. wierzeń górali karpackich, w noc św. Mikołaja, święty zwoływał wszystkie wilki, aby uzgodnić z nimi ile i czyich zwierząt hodowlanych, a także dzikich, będą mogły zjeść w ciągu następnego roku.

Co ciekawe, podobno w Puszczy Jodłowej są znów wilki, które wróciły po kilkudziesięcioletniej nieobecności.

Idąc nie spotkaliśmy zbyt wielu osób, ale na szczycie było ich sporo. Chyba bardzo dużo ludzi wychodzi od Świętej Katarzyny i schodzi tą samą drogą.

Mnóstwo osób robiło sobie zdjęcia z tabliczką szczytową i zbierało pieczątkę, więc wygląda na to, że grono chętnych zdobycia Korony Gór Polski jest potężne.

Co do samego szczytu, to jest stamtąd ładny widok, ale moją uwagę najbardziej przykuły ośnieżone drzewa, które wyglądały po prostu nieziemsko. Chyba musiało tam wcześniej mocno wiać, gdyż lód na gałęziach przybrał naprawdę niesamowite formy. Oblodzona była każda igiełka.

Zejście do Świętej Katarzyny jest dość strome, ale krótkie.

Na dole stoi piękna, drewniana kapliczka św. Franciszka, a obok znajduje się źródełko. Jak wiadomo, św. Franciszek jest patronem przyrody, a teraz również ekologii i ekologów.

W pobliżu jest też miejsce pamięci. Około 40 mieszkańców Świętej Katarzyny i okolic zostało tam rozstrzelanych w 1943 r.

Była to naprawdę krótka wycieczka, ale piękna i jestem przekonana, że kiedyś będę jeszcze chciała wrócić w Góry Świętokrzyskie.

Czupel (Beskid Mały) – 8 marzec 2025.

W marcu przyszedł czas na kolejną górską wycieczkę i tym razem na wyjazd udało się zagospodarować cały weekend.

Na cel obraliśmy dwa szczyty Korony Gór Polski: Czupel w Beskidzie Małym i Skrzyczne w Beskidzie Śląskim.

Dostanie się do Międzybrodzia Bialskiego, skąd wyruszyliśmy na Czupel, było ogromnym wyzwaniem logistycznym. Wymagało wstania o 3:15 w nocy, przejażdżki pociągiem do Krakowa, następnie kolejnym pociągiem do Katowic i kolejnym do Bielska Białej. Stamtąd natomiast, musieliśmy jeszcze wziąć autobus, już do Międzybrodzia.

No i oczywiście wszystkie te przejażdżki musiały odbyć się na czas, gdyż inaczej cały misterny plan posypałby się jak domek z kart.

O dziwo udało się. Dojechaliśmy i na szlak wyruszyliśmy przed 10 rano, co jest wręcz niewyobrażalne.

Co więcej, w Międzybrodziu Bialskim, tuż obok Lewiatana, za którym zaczęliśmy wspinaczkę pod górę, natrafiliśmy na kawiarenkę, gdzie posililiśmy się ciasteczkiem bezowym i kawusią. To było wręcz spełnienie marzeń i coś, co praktycznie nigdy się nie zdarza przed wyruszeniem w góry. Magia!

Na Czupel szliśmy szlakiem czerwonym, który, jak się okazało, wiódł pod górę praktycznie bez przerwy. Było to trochę meczące, bo fajnie czasami złapać oddech na płaskim kawałku, a tu nic. Cały czas pod górę i to dość ostro.

Pogodę mieliśmy piękną i było zadziwiająco ciepło jak na początek marca. Niestety nie było widoków, a leśny krajobraz był jeszcze dość ubogi i dominowały gołe pnie i suche, liściaste podłoże. Nie zmienia to jednak faktu, że zawsze fajnie pobyć trochę w lesie i pooddychać cudownym powietrzem.

Do minusów muszę zaliczyć kamienie, którymi wysypana była ścieżka, gdyż bardzo niewygodnie się po nich szło.

No nic, na szczycie byliśmy dość szybko i z przyjemnością oddaliśmy się relaksowi. Był też czas na pieczątki i pamiątkowe focie. Ludzi było sporo, co jest dość zaskakujące, zważywszy na to, że po drodze nie mijaliśmy prawie nikogo. Domyślam się, że inne trasy są bardziej popularne niż ta, na którą zdecydowaliśmy się my (sami też oryginalnie mieliśmy iść niebieskim szlakiem z Czernichowa, ale dojazd tam był jeszcze gorszy niż do Międzybrodzia Bialskiego).

Ze szczytu nie ma żadnego widoku i nie jest on w żaden sposób wyjątkowy, więc nie było powodu, aby zbyt długo tam siedzieć.

Poszliśmy więc dalej, do Schroniska PTTK na Magurce i tam urządziliśmy sobie kolejny postój.

Żałuję, że nie wiedziałam, że zaledwie kawałek dalej znajduje się cudny prześwit z panoramicznym widokiem na Bielsko Białą. W połączeniu z polanką, częściowo jeszcze przysypaną śniegiem, był to widok wręcz niezapomniany. Gdybym wiedziała o tym miejscu wcześniej, to na pewno wolałabym postój właśnie tutaj, a nie przed schroniskiem.

No nic, i tak nacieszyliśmy oczy tym wspaniałym widokiem, a następnie ruszyliśmy dalej.

Wiedzieliśmy już wtedy, że na pewno nie będziemy przedłużać trasy i iść do Szczyrku na nogach (zmęczenie po zarwanej nocy dawało się trochę we znaki), więc absolutnie nigdzie nam się nie spieszyło i szliśmy sobie spokojnie. W pewnym momencie rozłożyliśmy się też na suchej i miękkiej trawie i chłonęliśmy witaminę D. Było bardzo przyjemnie.

W Wilkowicach okazało się, że aby złapać autobus do Szczyrku, musimy jeszcze trochę się przejść. Przystanek był dopiero w kolejnej miejscowości – Bystra.

W tych okolicach działa Komunikacja Beskidzka, co jest wygodnym rozwiązaniem. Autobusów jest naprawdę dużo i można w miarę sprawnie dojechać do wielu miejscowości. Bilet, bez względu na destynację, kosztuje 6 zł.

Będąc już w Szczyrku, koniecznie chciałam iść do Starej Karczmy, tak jak rok wcześniej.

I tym razem była kolejka do stolika, w dodatku spora, ale warto było poczekać! Zamówiliśmy karczek i zasmażane pierogi ruskie i wszystko było po prostu wyśmienite. Ponownie udało mi się również załapać na muzykę na żywo. Bardzo polecam to miejsce.

Nocleg mieliśmy natomiast w pensjonacie o pięknej nazwie Marsjanka.

Malinowska Skała i Skrzyczne (Beskid Śląski) – 9 marzec 2025.

Na niedzielę mieliśmy zaplanowany kolejny szczyt Korony – Skrzyczne, plus Malinowską Skałę, czyli trasę bardzo podobną do tej, którą przebyłam prawie rok wcześniej, z moją górską grupą, tyle że w odwrotnym kierunku. Dodatkowym twistem było to, że wtedy na Skrzyczne wychodziłam niebieskim szlakiem, a teraz miałam zejść zielonym.

Szczerze, to nie sądziłam, że wyląduję w tym miejscu ponownie aż tak szybko, no ale wybierając się na Czupel, szkoda było nie wykorzystać okazji i nie nadrobić Skrzycznego z Kasprem. A Malinowską Skałę po prostu chciałam mu pokazać, gdyż bardzo urzekł mnie ten szczyt.

Tak więc, dzień zaczęliśmy dość wcześnie, ale byliśmy wypoczęci (9 godzin snu to w naszym obecnym życiu niewyobrażalny luksus). Przekąsiliśmy coś, spakowaliśmy się i ruszyliśmy główną drogą w Szczyrku na poszukiwania Żabki. Pierwsza była zamknięta, co przeraziło mnie co nie miara, gdyż wizja kilku godzin łażenia po górach bez ani jednej kawy była co najmniej przygnębiająca. Na szczęście druga Żabka okazała się otwarta i czym prędzej zaopatrzyliśmy się w wielkie kubły napoju bogów, które opróżniliśmy na pobliskim przystanku.

Następnie ruszyliśmy dalej drogą, aż do momentu kiedy pojawiły się znaki niebieskiego szlaku.

Ścieżka od razu zaczęła prowadzić dość stromo w górę i okazało się, że zalega na niej sporo śniegu. A tak przynajmniej nam się wydawało, bo nie wpadliśmy na pomysł, żeby zerknąć co jest za najbliższym zakrętem. W rezultacie założyliśmy raczki, po czym zdjęliśmy je po jakichś 2 minutach.

Ogólnie jednak raczki tego dnia się przydały i to bardzo. Głównie na zejściu ze Skrzycznego, o czym za chwilę, ale również na trasie na Malinowską Skałę.

Jak tylko nabraliśmy trochę wysokości, okazało się, że śniegu jest sporo. Trasa nie była ani trudna, ani niebezpieczna, ale śnieg w niektórych momentach był mokry, a w innych zlodowaciały, więc raczki dawały bardzo duży komfort.

Szło się cudownie. Bardzo polecam niebieski szlak na Malinowską Skałę, gdyż jest bardzo widokowy i niezwykle przyjemny. Jest dużo fajnych, płaskich fragmentów, idzie się z prawdziwą radością, długo można podziwiać szczyt w oddali. Cudo, naprawdę!

A sama Malinowska Skała oczywiście ponownie mnie zachwyciła, tym razem w zupełnie innej odsłonie. Ostatnio byłam tam pod koniec kwietnia, więc krajobraz rozpościerający się ze szczytu był już całkowicie zielony, a tym razem jednak jeszcze zimowy.

Skrzyczne nie należy do moich ulubionych szczytów, no ale zatrzymaliśmy się tam na dłuższą chwilę. Zrobiliśmy też oczywiście zdjęcia i zebraliśmy pieczątki.

Nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy co nas czeka.

A mianowicie, zejście ze Skrzycznego do Szczyrku zielonym szlakiem okazało się po prostu koszmarne. Oczywiście odpowiedzialny był za to śnieg, nie same zejścia.

W każdym razie, już na samym początku trzeba było pokonać bardzo strome zejście i chwilę później podejście, które były tak oblodzone i wyślizgane, że wydawały się niemożliwe do pokonania. A mieliśmy przecież raczki!

Ostatecznie obeszliśmy to bokiem, tak trochę przez krzaki, gdzie był jeszcze niewydeptany śnieg.

Później było wiele podobnych miejsc, gdzie trzeba było bardzo uważać, nawet w raczkach. Można było się poślizgnąć przy najmniejszym kroku. Zresztą widzieliśmy jak jeden chłopak się przewrócił i niewiele brakowało, a spadłby w przepaść. Tak jak większość osób, które mijaliśmy, nie miał raczków.

W pobliżu kolejki, gdzie znajdują się siatki ochronne, w ogóle nie dało się iść ścieżką, tylko trzeba było łapać się tej siatki. Spotkaliśmy tam parę i poradziliśmy im żeby zawrócili, bo też oczywiście nie byli przygotowani.

Po jakimś czasie, gdy byliśmy już znacznie niżej, gdzie śnieg się nie utrzymał, ścieżka stała się dużo łatwiejsza i już bez problemu zeszliśmy nią do Szczyrku.

Ogólnie jednak wspominam to zejście bardzo źle i chyba w przyszłości odpuszczę sobie chodzenie tym szlakiem w zimowych warunkach.

Kornuty i Magura (Beskid Niski) – 31 maj 2025.

Na przełomie maja i czerwca pierwszy raz odwiedziłam Beskid Niski. Pojechałam tam z moją górską grupą.

Muszę przyznać, że pasmo to od razu przypadło mi do gustu, chociaż nie wydaje się to takie oczywiste. Góry te nie są zbyt spektakularne, a szczyty na które wyszłam nie zrobiły na mnie szczególnie dużego wrażenia.

Jednak jak teraz myślę o tej wycieczce, to widzę przede wszystkim cudne odcienie zieleni, rozległe łąki, strumienie oraz zapomniany cmentarz i szumiące nad nim drzewa.

Panowała tam niesamowita cisza i prawie w ogóle nie było ludzi. Było trochę tak, jakbyśmy przemierzali dawno zapomniane regiony, wymarłe wioski.

Jest to pasmo górskie, które będę chciała w przyszłości poznać znacznie lepiej. Jestem mocno zaintrygowana.

A co do samej wycieczki z pierwszego dnia, to zaczęliśmy w miejscowości Folusz, do której wróciliśmy po zatoczeniu pętelki.

Najpierw szliśmy szlakiem żółtym, z którego w pewnym momencie odbiliśmy na szlak zielony, aby zdobyć szczyt Kornuty (830 m n.p.m.) i odwiedzić Rezerwat Kornuty.

Warto tam zajrzeć, gdyż las jest tam wyjątkowo piękny, pełen potężnych drzew i głazów oferujących ciekawe widoki ze swojej powierzchni.

Następnie tą samą drogą wróciliśmy na żółty szlak i zeszliśmy do wsi Bartne. Znajdują się tam piękne stare cerkwie, ale niestety można je oglądać jedynie z zewnątrz.

Po odpoczynku, ruszyliśmy dalej. Najpierw żółtym, a później czerwonym szlakiem wyszliśmy na szczyt Magura (829 m n.p.m.), aby później z niego zejść, z powrotem do Folusza.

Na nocleg mieliśmy wynajęty cały dom w jednej z okolicznych miejscowości.

 

Beskid Niski – 1 czerwiec 2025.

Następnego dnia była druga tura wyborów prezydenckich, więc przed wyruszeniem na szlak pojechaliśmy do pobliskiego lokalu wyborczego i spełniliśmy swój obywatelski obowiązek. Było nas całkiem sporo, więc chyba dość mocno wpłynęliśmy na lokalne wyniki.

Następnie wyruszyliśmy do Wołowca, gdzie rozpoczęliśmy kolejną pętelkę w Beskidzie Niskim.

Tym razem była to dość nietypowa traska. Mianowicie, idąc żółtym szlakiem co rusz mieliśmy do pokonania strumień.

Było to dość ciekawe, ale jednak strasznie męczące. Za każdym razem zdejmowałam buty, co oczywiście zajmowało czas, a później i tak miałam wszystko mokre.

Patrząc teraz na mapę, wychodzi mi, że w sumie przeszliśmy przez strumień osiem razy!

Trasa była jednak przepiękna. Wyjątkowo widokowa.

W pewnym momencie zaszliśmy na stary, zapomniany cmentarz z dosłownie kilkoma nagrobkami i miniaturą cerkwi z Nieznajowej.

Nieco dalej zaszliśmy natomiast do samej Nieznajowej, a właściwie do tego co z niej zostało.

Mieszkańcy Nieznajowej musieli w 1945 r. opuścić wieś i przenieść się na radziecką Ukrainę (okolice Kałusza, Podole i Wołyń). Trzech Łemków wysiedlono w 1947 r., a miejscowi Polacy przenieśli się do Czarnego. Od 1969 r. do stanu wojennego terenem tym gospodarował zakład karny, a więźniowie przyczynili się do wielu zniszczeń.

Zabudowania wioski niszczały stopniowo, a do dzisiejszych czasów nie zachowało się praktycznie nic. Jest tam jedynie stary, zabytkowy krzyż i symboliczne, drewniane drzwi.

Niedługo za Nieznajową część naszej grupy, w tym ja, zeszła na leśną ścieżkę i nią wróciła z powrotem do Wołowca.

Była to krótka wycieczka, zaledwie ok. 10 km, ale ze względu na strumienie, dość męcząca. Niemniej, widoki były niezapomniane!

Krakova hol’a i Krúpove Sedlo (Niżne Tatry) – 11 lipiec 2025.

W tym roku już naprawdę nie spodziewałam się, że uda mi się załapać na coroczny wyjazd w góry organizowany przez moją byłą korpo, ale o dziwo udało się.

Widać w tamtym roku zapoczątkowałam precedens.

Właściwie w tym roku na wyjeździe były trzy osoby spoza firmy, w tym jedna, która nigdy nawet tam nie pracowała. No cóż, jeśli brakuje chętnych wśród pracowników, to czemu miejsca miałyby się zmarnować?!

W sumie było nas 22 osoby, czyli całkiem spora grupka.

Jak zwykle wyjechaliśmy w czwartkowe popołudnie, udając się w kilkugodzinną podróż autobusem na Słowację. Tym razem naszym celem były Tatry Niżne, a pierwszy nocleg mieliśmy zarezerwowany w miejscowości Pavčina Lehota. Penzión Troika okazał się świetną miejscówką, godną polecenia. Było tam dużo przestrzeni, łazienki w pokojach i śniadanie w cenie. Naprawdę spoko miejsce (czego nie można niestety powiedzieć o jednej z pań przygotowujących rano posiłek).

Trasa natomiast, mówiąc delikatnie, była trudna.

Wyruszyliśmy ok. 8:30 i po krótkim przejściu przez miejscowość, rozpoczęliśmy wspinaczkę żółtym szlakiem. Szliśmy nim bardzo długo, aż do zygzaka, którym wspięliśmy się na Krúpove Sedlo (szlak zielony). Następnie, dalej zielonym szlakiem, podążyliśmy do schroniska, czyli Chaty Generála Milana Ratislava Štefánika.

Nagrywałam trasę na mapa-turystyczna.pl i wyszło mi 11 godzin, 22 km i 1 950 m przewyższeń, plus 923 m zejść!

Była to chyba najbardziej wycieńczająca fizycznie i psychicznie trasa górska w moim życiu. I jest to stwierdzenie, którego nie spodziewałam się użyć ponownie aż tak szybko. Myślałam, że Małej Fatry z tamtego roku nic długo nie pobije. A jednak!

Szliśmy prawie cały czas pod górę, a jak nie pod górę, to w dół. Po płaskim było dosłownie kilka krótkich fragmentów. 1 950 m przewyższeń to naprawdę sporo i pod koniec ledwie unosiłam nogi do góry. Już po prostu nie miałam siły i potykałam się o byle co.

Ostatnie 5 km rozciągnęło się w czasie i przestrzeni i mieliśmy wrażenie, że dystans nie zmienia się pomimo upływu czasu. To była jakaś masakra!

Bardzo duża część trasy prowadziła przez las, co jest generalnie spoko, ale tutaj akurat była głównie wąska ścieżka nad przepaścią, więc cały czas trzeba było uważać.

W pewnym momencie, gdy szłam akurat sama, zaczęłam zauważać odchody niedźwiedzi, co przeraziło mnie co nie miara. Ja niestety nie jestem jedną z tych osób, które marzą o spotkaniu z niedźwiedziem i nie wierzę w swoją umiejętność zachowania zimnej krwi w przypadku takiego spotkania, więc naprawdę się przestraszyłam. Ostatnimi czasy sporo było newsów na temat niedźwiedzi w Europie, w tym na Słowacji, więc od razu zrobiło mi się gorzej.

Zwłaszcza, że odchodów było sporo, naprawdę sporo!

W pewnym momencie postanowiłam zatrzymać się pod drzewem i zaczekać aż ktoś nadejdzie. W grupie raźniej, a głośno rozmawiając między sobą, mieliśmy duże szanse na odstraszenie ewentualnego osobnika.

Niestety nikt nie nadszedł. Czekałam dość długo, ale osoby, które spodziewałam się zobaczyć najwidoczniej były dalej niż myślałam.

Zrezygnowana ruszyłam dalej i niedługo później trafiłam na wąziutką ścieżkę, pomiędzy bardzo gęstą kosodrzewiną po obu stronach. Było tak wąsko, że nie miałam gdzie stawiać kijków. A odchody zaczęły pojawiać się co kilka kroków. Wyglądało to tak, jakby wszystkie niedźwiedzie z okolicy chodziły tylko i wyłącznie tą ścieżką.

Tętno miałam już chyba wtedy przedzawałowe, bo zdałam sobie sprawę, że gdyby zza zakrętu wyszedł niedźwiedź, to nie mam jak mu się usunąć z drogi. Centralnie nie było gdzie stanąć. Była tylko ta ścieżka na szerokość dwóch stóp i ogromne kosodrzewiny.

Wtedy uznałam, że dłużej nie dam rady i muszę na kogoś zaczekać. Stanęłam tam gdzie stałam i nasłuchując wszelkich odgłosów, czekałam.

W końcu pojawili się Marcin i Asia i dalej poszliśmy już razem. Dużo rozmawialiśmy żeby zrobić hałas i jakoś poszło. Żadnego niedźwiedzia nie spotkaliśmy.

Niedługo później doszliśmy do tabliczki wskazującej krótką drogę na szczyt Krakova hol’a i postanowiliśmy go zdobyć.

Szło się dosłownie kilka minut, a szczyt okazał się imponujący, więc warto się tam wybrać. Naprawdę piękne, panoramiczne widoki.

Siedzieliśmy tam z godzinę i był to szalenie miły odpoczynek.

Gdy w końcu zebraliśmy się do dalszej drogi, mieliśmy jeszcze sporo do przejścia, ale zatrzymywaliśmy się coraz częściej. Tak więc było siedzenie w trawie na zboczu z widokiem i leżenie na polanie, gdzie złapała nas głupawka oraz ciągłe przystanki na łapanie oddechu podczas nieustającej wspinaczki.

I tak sobie szliśmy, szliśmy, szliśmy i końca nie było. Przysięgam, że nic nie jest w stanie mnie nakłonić żebym kiedykolwiek w przyszłości wybrała się na ten szlak ponownie. I nikomu go nie polecam. Jest naprawdę ciężki, a poza kilkoma fajnymi miejscami, głównie pod koniec, jest też słaby widokowo.

Najładniej robi się na grani prowadzącej do zygzaka i od tego momentu widoki są już cały czas. Bardzo imponujące widoki! W oczach aż się mieni od otchłani i wysokości.

Za szczytem Krúpove Sedlo zaczyna się ostatni etap wędrówki, do Chaty Generála Milana Ratislava Štefánika. Jest to swoista wisienka na torcie jeśli chodzi o poziom trudności tego szlaku. Taki ostatni gwóźdź do trumny.

Mianowicie, od tego momentu, niby przez 45 minut, ale chyba raczej przez godzinę, idzie się po wielkich głazach, z czego duża część jest ruchoma. Nad głowami skały, pod nogami skały i w przepaści poniżej też skały. W sam raz na spacer po 10 godzinach wędrówki, gdzie ledwie można unieść nogi do góry, a psychika siada.

Na tym etapie naprawdę marzyłam już tylko o tym, żeby dojść do tej pieprzonej chaty.

Gdy wreszcie to nastąpiło i mieliśmy z Marcinem jakieś 100 m do przejścia, spotkaliśmy trójkę hardcorowców z naszej grupy, właśnie wyruszającą na zachód słońca na szczycie Ďumbier. Spotkali się tam z Asią, która odłączyła się od nas na szczycie Krúpove Sedlo. Widać kolejne dwie godziny łażenia nie były dla nich problemem. Dla mnie by były, dlatego nawet przez sekundę tego nie rozważałam.

W chacie już czekało na nas jedzenie. Zamówiliśmy jeszcze ze szlaku. Ja zdecydowałam się na pierogi z dżemem, które okazały się trzema wielkimi bułami na parze z dżemem i owocami, posypanymi kakao. Pycha! Ale pomimo tego, że wg. mojego kolegi spaliliśmy ok. 2 700 kalorii, to nie byłam w stanie zjeść całej porcji. Słowacy nie żałują jedzenia, to na pewno!

Niektóre osoby dotarły do schroniska bardzo późno, kiedy było już całkowicie ciemno. Były też dość wkurzone. Ta trasa była jednak zbyt ciężka jak na firmowy wyjazd, kiedy to trzeba się liczyć, że jednak nie każdy jest w szczycie formy. Kilkanaście godzin w Tatrach, praktycznie cały czas pod górę, to jednak nieprzeciętny wysiłek.

Szczerze mówiąc, ja też nie dowierzałam, że przyszło nam pokonać taką trasę (plus te niedźwiedzie) i nawet coś tam mówiłam, że więcej na ten challenge nie jadę. Od tego czasu zmieniłam jednak zdanie.

Chopok (Niżne Tatry) – 12 lipiec 2025.

Rano, po śniadaniu, wyruszyliśmy w dalszą drogę. Opuściliśmy Chatę Generála Milana Ratislava Štefánika i najpierw ponownie pokonaliśmy tą trasę po skałach, a za szczytem Krúpove Sedlo, idąc dalej czerwonym szlakiem, doszliśmy na Chopok (2 023 m n.p.m.).

Ja w pierwszej kolejności udałam się do znajdującego się tam schroniska Kamenná Chata pod Chopokiem, które wygląda jak hotel. Była tam już część grupy, odpoczywając i debatując, kto idzie dalej, a kto jedzie na dół kolejką.

Ja nie miałam wątpliwości, że chcę wracać kolejką. Pomimo tego, że odcinek od szczytu Krúpove Sedlo do chaty był przepiękny (aczkolwiek bardzo wietrzny) i nie straciłam na niego zbyt dużo sił, to na myśl o tym ile czeka mnie zejść, robiło mi się gorzej. Nie chciałam aż tak bardzo obciążać kolan, zwłaszcza, że wiedziałam, że większość trasy będzie prowadziła przez las, bez widoków.

Tego samego zdania było kilka innych osób, z którymi niedługo później ruszyliśmy do kolejki.

Ja wcześniej, razem z koleżanką Magdą, wyszłam jeszcze na sam szczyt Chopok, który znajduje się tuż obok chaty.

Trzeba się wspiąć po skałach, ale zdecydowanie warto. Widoki są spektakularne!

Kolejka zabrała nas do miejscowości Demänowská Dolina, skąd najpierw żółtym, a później niebieskim szlakiem, doszliśmy do miejsca zbiórki (niecałe 4 km).

Jako że byliśmy na miejscu dość wcześnie, to część naszej grupy, w tym oczywiście ja, udała się jeszcze na wycieczkę do pobliskiej jaskini – Demänowská Jaskyňa Slobody.

Było to bardzo przyjemne zakończenie tej wyprawy.

Wysoka (Pieniny) – 20 wrzesień 2025.

Na drugą połowę września udało się wreszcie zaplanować weekend Pieniny – Beskid Sądecki, który chodził za mną jakiś rok!

Bardzo lubię te okolice i koniecznie chciałam zrobić te dwa szczyty razem, a pomiędzy nimi nacieszyć się widokami i relaksacyjnymi szlakami.

Złożyło się idealnie, gdyż weekend trafił nam się ciepły i słoneczny i wszystko przebiegło tak jak zaplanowałam. No może poza jednym szczegółem, a mianowicie zakwasami, które miałam po jodze i które mocno mnie spowolniły.

Ogólnie była to jednak wspaniała wycieczka, bardzo sielankowa, a w dodatku udało mi się odkryć magiczne miejsce, którego wcześniej nie znałam.

W piątek nocowaliśmy w Nowym Sączu, więc z samego rana pojechaliśmy prosto do Szczawnicy, a następnie do Jaworek.

Z busa wysiedliśmy tuż przy wejściu do Wąwozu Homole i od razu wkroczyliśmy na zielony szlak.

Natknęliśmy się na sporo osób, co było nieco problematyczne ze względu na liczne schodki i kładki, na których nie zawsze da się kogoś łatwo wyminąć. W dodatku było ślisko ze względu na błotko.

Jakoś jednak udało nam się zostawić grupy za sobą i oddalić się od nich na bezpieczną odległość.

Niestety nie dane nam było nacieszyć się wąwozem, właśnie ze względu na dużą ilość ludzi i fakt, że trzeba było cały czas patrzeć pod nogi.

Dalej było już jednak dużo lepiej. Wkrótce znaleźliśmy się na odkrytej ścieżce i zaczęły się widoki.

Na najwyższy szczyt Pienin, czyli Wysoką, idzie się szybko, ale dość stromo pod górę. Zwłaszcza ostatnie podejścia są problematyczne i trzeba się wspomagać barierkami.

Byłam bardzo ciekawa szczytu, gdyż nie byłam na nim od wielu, wielu lat. Zastanawiałam się jak bardzo będzie się różnił od moich wspomnień.

Okazało się, że bardzo!

Po pierwsze nie pamiętałam barierek ani tego, że szczyt jest tak mały. W sumie wygląda podobnie do Sokolicy i dość trudno się po nim poruszać wśród innych turystów. Mogłabym przysiąc, że kiedyś było tam więcej miejsca. Nie wiem kiedy powstały barierki, ale wygląda na to, że ostatni raz byłam tam jeszcze przed ich powstaniem. To musiało być naprawdę dawno temu.

No nic. Za to widoki, jakie rozpościerają się z Wysokiej są piękniejsze niż zapamiętałam. Przede wszystkim cudnie widać Tatry!

Niestety skrzyneczka z pieczątką Korony Gór Polski została zniszczona, więc nie mamy stempelka ze szczytu. Jedynie zdjęcia.

Po zejściu ze szczytu musieliśmy cofnąć się tą samą drogą aż do skrętu niebieskiego szlaku w stronę Obidzy. To oznaczało ponowne pokonanie najbardziej problematycznego odcinka, tym razem w dół. Na szczęście poszło szybko i sprawnie i chwilę później byliśmy już w drodze na Obidzę.

Tą drogą poruszało się znacznie mniej wędrowców i był to szalenie przyjemny odcinek. Piękne widoki na skały i mało wymagająca ścieżka. Cudo!

W pewnym momencie trafiliśmy pod piękne, rozłożyste drzewo, które jest mi znane z poprzednich wędrówek. Jest pięknie usytuowane, a cień jaki rzuca wabi baranki i kózki. Jak zawsze były pod nim stłoczone.

W Bacówce na Obidzy zatrzymaliśmy się na odpoczynek. Niestety nie była to zbyt przyjemna przerwa. Nie wiem kto wymyślił taki system, ale kolejka do zamawiania jedzenia jest tam po prostu niedorzeczna. Stoi się w nieskończoność, gdyż pani przyjmująca zamówienia jednocześnie wydaje posiłki. W ten oto sposób Kasper spędził w kolejce jakieś pół godziny, a na dodatek, w naleśnikach, które zamówiłam znalazłam włos. No totalna porażka!

Jak można zmuszać ludzi, którzy przeszli wiele kilometrów w górach, do bezczynnego stania i czekania?! Mogliby w tym czasie odpoczywać.

No nic, zjadłam ponownie przyrządzone naleśniki, wypiłam kawę, a Kasper piwo bezalkoholowe i ruszyliśmy dalej.

Zielonym szlakiem poszliśmy w stronę Eliaszówki, gdzie chyba nigdy wcześniej nie byłam, a przynajmniej kompletnie nie pamiętam tego odcinka.

Po jakimś czasie doszliśmy do wieży widokowej, która stoi na szczycie i wdrapaliśmy się na taras widokowy.

Na Eliaszówce zauważyliśmy też tablicę informującą nas, że jesteśmy na Beskidzkiej Drodze Świętego Jakuba. Do Santiago jest stamtąd 4 068 km.

Idąc dalej, czyli w stronę Chaty Magóry, mijaliśmy namalowane na drzewach muszelki. Tak więc drugi raz w tym roku byliśmy na camino!

Początkowo planowałam nocleg na Obidzy, ale niestety zbyt późno wzięłam się za ogarnianie rezerwacji. W związku z tym trzeba było znaleźć alternatywę i tak oto trafiliśmy do Chaty Magóry, z czego bardzo, ale to bardzo się cieszę.

Nocleg tam oznaczał dla nas dodatkową godzinę, może nawet półtora i to dwukrotnie, ale i tak było warto. To miejsce jest magiczne i na pewno będę chciała tam jeszcze kiedyś wrócić. Zwłaszcza z Zojką.

Chata znajduje się w pewnej odległości od szlaku, co sprawia, że jest to tak jakby enklawa. Jest tam zagroda dla koni, a jeden z nich chodzi wolno po całym terenie.

Budynki urządzono w rustykalnym stylu i są mega przytulne. Wszystko jest dość podstawowe, ale nadaje to niesamowitego klimatu.

Menu jest dość bogate i za poleceniem pewnej pani, która też zatrzymała się tam na nocleg (z trójką dzieci), skusiliśmy się na pierogi. Jedne wzięliśmy z czosnkiem niedźwiedzim, a drugie z pokrzywą. Były przepyszne! Naprawdę! Pokrzywa jest oczywiście zbierana na miejscu. Czosnek niedźwiedzi też gdzieś w okolicy, ale jak mówił właściciel, ich własne zasoby są zbyt małe żeby zaspokoić potrzeby, więc muszą go zdobywać poza swoją bezpośrednią okolicą. Tak czy inaczej, farszu było bardzo dużo i z czystym sumieniem mogę polecić te pierogi. Co również ważne, można tam płacić kartą!

Pokoje są wieloosobowe, ale w naszym była na szczęście jeszcze tylko jedna osoba.

Wieczór spędziliśmy na huśtawce w ogrodzie, podziwiając rozgwieżdżone niebo i popijając piwko. W pobliżu chodził koń, co cudnie wpasowywało się w scenerię. Widzieliśmy też spadające gwiazdy. Było wspaniale! Idealny wieczór w górach, na odludziu.

Radziejowa (Beskid Sądecki) – 20 wrzesień 2025.

Śniadanie w Chacie Magóry serwują od 8, więc niestety musieliśmy odpuścić. Zależało nam na czasie i w drogę wyruszyliśmy już po 7.

Najpierw musieliśmy się cofnąć do Obidzy, a później jeszcze kawałek aż do rozwidlenia, gdzie skręciliśmy w stronę Wielkiego Rogacza.

Stamtąd natomiast czekało nas podejście na Radziejową, którego nie lubię. Jest bardzo strome i męczące. Krótkie, ale męczące.

Ogólnie nie przepadam za tym szczytem. Byłam tam już wiele razy, ostatnio dwa lata wcześniej i jakoś nie mogę się przekonać. Z wieży widokowej, która tam stoi, jest piękny widok na Tatry, Pieniny, a także Nowy Sącz, ale wieje tam tak okrutnie, że nie można długo wystać. Ogólnie jest tam sam cień, więc szybko robi się zimno i tak jakoś nieprzyjemnie.

Przybiliśmy pieczątki, zrobiliśmy zdjęcia i wkrótce ruszyliśmy z powrotem w dół. Musieliśmy wrócić do Wielkiego Rogacza, a dalej ruszyliśmy w stronę Piwnicznej Zdrój.

Szlak był bardzo łatwy, ale w wielu miejscach wysypano kamienie na ścieżkę, co jest okropnym pomysłem, wręcz złośliwym. Bardzo źle się po tym chodzi i nogi strasznie się męczą. Z moimi zakwasami było to wyjątkowo nieprzyjemne.

Cieszyłam się jednak, że po wielu latach mogłam ponownie zawitać na Niemcową. Muszę się tam przy najbliższej okazji wybrać na dłużej, gdyż uwielbiam ten szczyt. Jest tak niesamowicie sielankowy! Wszędzie tylko łąki, krzaki borówek i odgłosy natury. Cudne miejsce!

Kawałek dalej, podczas krótkiego postoju przy kapliczce, spotkaliśmy pewnego starszego pana, który polecił nam fajne miejsce znajdujące się poniżej.

Miejsce nazywa się Jackowa Pościel Dolina Pamięci. Trzeba tam kawałek podejść ze szlaku, ale tylko ok. 100 m, więc naprawdę warto.

Ja poszłam tam sama, gdyż Kasper szedł z przodu i nie skręcił do tej dolinki.

Jak wyczytałam z tabliczki, Jacek Durlak, przewodnik beskidzki pochodzący z Piwnicznej, zmarł w tej okolicy w 2004 r., a jego koledzy i koleżanki z PTTK postawili mu obelisk. Miejsce nazwano Jackową Pościelą.

Wkrótce zaczęto stawiać kolejne pomniki upamiętniając inne tragicznie zmarłe osoby związane z górami. Jeden z nich jest poświęcony czwórce grotołazów, którzy zginęli w lawinie w Tatrach, również w 2004 r. Inny należy do proboszcza z Piwnicznej, który zmarł pod Turbaczem w 2013 r. Jeszcze inny postawiono dla przewodnika, a także nauczyciela II LO w Nowym Sączu (moje liceum), który zginął na Aconcagua w Ameryce Południowej w 1998 r.

Znajdziemy tam też metalową księgę, na której stronicach wyryto nazwiska i krótkie informacje o wielu innych osobach, głównie przewodnikach.

Co roku odbywa się w tym miejscu również uroczyste zamknięcie sezonu letniego, odprawiana jest msza i różaniec.

Piękne miejsce. Smutne, ale piękne. Ktoś miał naprawdę dobry pomysł, żeby je stworzyć.

Końcówka drogi mocno nam się dłużyła, a zwłaszcza bardzo nasłoneczniony odcinek przed Piwniczną. Z ogromną ulga weszliśmy do miasteczka i czym prędzej wybraliśmy się do kawiarni na lody i kawę.

Do Sącza wróciliśmy wygodnym pociągiem w 20 minut. Jechał do Krakowa, co jest cenną informacją na przyszłość. Tym razem musieliśmy jednak i tak zatrzymać się na chwilę w Sączu, gdyż zostawiliśmy trochę rzeczy w moim domu. Była też okazja żeby wybrać się na pizzę z moim tatą.

W ten oto sposób w jeden weekend zdobyliśmy dwa kolejne szczyty Korony Gór Polski. Na obu byłam wiele, wiele razy w przeszłości, ale jak już wspominałam, Pieniny i Beskid Sądecki to świetne góry na wędrówki.

Hala Boracza (Beskid Żywiecki) – 11 październik 2025.

W październiku nadszedł wreszcie czas na długo wyczekiwany wyjazd naszej górskiej grupy. Chętnych było początkowo sporo, ale ostatecznie wybraliśmy się w zaledwie cztery osoby.

Z samego rana wyruszyliśmy z Krakowa, ale jako że trasa nie była zbyt długa, to zdecydowaliśmy się na dłuższy postój w Wadowicach. Zjedliśmy tam śniadanie, a także zaszliśmy na papieskie kremówki. Kremówki nie spełniły niestety naszych oczekiwań smakowych, a jako że były ogromne, to później żałowaliśmy, że je zjedliśmy. Ja do wieczora nie byłam w stanie nic jeść, tak bardzo byłam po nich pełna.

Na szlak w Beskidzie Żywieckim, w którym byłam po raz pierwszy, wyruszyliśmy dopiero tuż przed południem. Startowaliśmy z miejsca, które nazywa się Żabnica, Skałka i tam weszliśmy na zielony szlak.

Niestety padało. Może nie była to ulewa, ale jak się idzie kilka godzin w deszczu, to można przemoknąć do suchej nitki, więc od razu przyodzialiśmy naszą wodoodporną garderobę.

Trasa była łatwa, ale mokra, błotnista, śliska i bez widoków, gdyż mgła przesłaniała wszystko. Tak więc niestety nie mogę powiedzieć, że wiele w tym Beskidzie Żywieckim widziałam.

No nic, na pewno jeszcze będzie okazja.

Pierwszy i w sumie jedyny dłuższy postój mieliśmy w Schronisku PTTK na Rysiance. Tam też zakończyliśmy wspinaczkę, gdyż dalej szliśmy już albo po płaskim albo w dół.

Do Schroniska PTTK na Hali Boraczej dotarliśmy ok. 17, w sam raz żeby zamówić jedzenie, gdyż kuchnia zamykała się już o 17:30!

Sala jadalna jest dość mała, zaledwie 3 większe stoły. Złożyło się jednak idealnie, gdyż tej nocy w schronisku zostawały akurat 3 ekipy (jedna spała w namiotach).

Pokój trafił nam się idealny, akurat 4-osobowy.

Wieczór spędziliśmy na graniu w UNO, ale o dziwo, pomimo łatwiej trasy, dość szybko zmogło nas zmęczenie.

Szyndzielnia (Beskid Śląski) – 12 październik 2025.

Następnego dnia po śniadaniu, ruszyliśmy z powrotem do Żabnicy, Skałki, tym razem szlakiem czarnym. Na dole byliśmy w mniej niż godzinę.

Następnie podjechaliśmy w okolice Bielska – Białej i niebieskim, a później zielonym szlakiem doszliśmy do Schroniska PTTK Szyndzielnia.

Tym razem nie padało i było dość ciepło, ale szlak był oczywiście nieco mokry.

Z początku było dość mocno pod górę, ale ogólnie była to bardzo przyjemna trasa i las prezentował się zjawiskowo.

Schronisko jest pięknie usytuowane, a sala jadalna jest bardzo klimatyczna. Miło spędziliśmy tam czas.

Nasz jedyny mężczyzna zjechał na dół kolejką, a my zeszłyśmy na dół czerwonym szlakiem, który jest bardzo szeroki i wygodny. Tak więc zejście miałyśmy wyjątkowo komfortowe.

Tak bardzo nam się spodobało na tej Szyndzielni, że jest plan, aby zatrzymać się tam kiedyś na noc.

Barania Góra (Beskid Śląski) – 6-7 grudzień 2025.

Na początku grudnia przyszedł czas na kolejną grupową wycieczkę górską. Tym razem padło na Beskid Śląski i Baranią Górę, na której nigdy wcześniej nie byłam. Nocleg zaplanowaliśmy natomiast w Schronisku PTTK Przysłop pod Baranią Górą, które jest świetne!

Ekipa dopisała, gdyż w sumie pojechało nas 9 osób.

Wyruszyliśmy z Węgierskiej Górki i idąc czerwonym szlakiem dotarliśmy na Baranią Górę. Szlak był piękny i bardzo widokowy. Po prawej stronie było widać Skrzyczne i szczerze mówiąc trasa przypominała mi właśnie tą, którą przemierzałam w marcu, na Malinowską Skałę i dalej na Skrzyczne. Jak widać, Beskid Śląski obfituje w piękne, widokowe szlaki. Cieszę się, że wreszcie odkrywam te tereny.

Śniegu nie było zbyt dużo i ostatecznie nie założyłam raczków. Problemem było jednak coś innego, a mianowicie strumienie wody płynącej z góry, które nie zawsze dało się ominąć i w rezultacie dość szybko przemokły mi buty. Kilka razy wpadłam do wody całym butem i niestety do końca dnia musiałam borykać się z chlupaniem.

Na noc buty trafiły do suszarni w schronisku, ale niestety nie wiele to dało i drugiego dnia też szłam w mokrych butach.

No nic, tak bywa.

Szczyt Barania Góra jest piękny i rozpościera się z niego cudna panorama. Jest tam też dość osobliwa, żółta wieża widokowa.

Ze szczytu szłam jeszcze około 40 minut do schroniska, również po wodzie.

Schronisko jest odnowione, czyste i bardzo dobrze przemyślane. Mieliśmy 11-osobowy pokój tylko dla nas. Nazywał się Everest Base Camp, a w środku wisiały zdjęcia z Himalajów i buddyjskie chorągiewki. Wszystkie pokoje noszą nazwy szczytów lub górskich krajów.

Stołówka jest super i serwują tam pyszne jedzenie. Ja oczywiście nie mogłam sobie odmówić naleśników. Jakoś zawsze w górach mam na nie ochotę. Pyszna była też jajecznica na śniadanie.

Rano część grupy, w tym ja, zdecydowała się na alternatywne, nieoznaczone ścieżki, które ze schroniska doprowadziły nas na czarny szlak. Dzięki temu nie musieliśmy powtarzać kamienisto-wodnego odcinka z poprzedniego dnia. Okazało się, że te ścieżki są świetne i chociaż też było sporo podejść, a także trochę wody, to bardzo przyjemnie nam się tam szło. Nie było tam też prawie żadnych ludzi.

Później dołączyliśmy do czarnego szlaku, a przy rozwidleniu zeszliśmy na zielony i nim doszliśmy z powrotem do Węgierskiej Górki.

Na rozwidleniu pogonił nas miniaturowy pies, co mocno nas rozbawiło.

Zielony szlak prowadził dość dziwnie. Było sporo podejść jak na drogę w dół, jeden odcinek prowadził przez bardzo gęsto porośniętą ścieżką, gdzie nawet nie mogłam się za bardzo wyprostować i było też kilka mniej przyjemnych stromizn w dół.

Ogólnie szło się jednak bardzo dobrze i był to niezwykle przyjemny dzień.

W Węgierskiej Górce zjedliśmy przepyszny obiad w Pensjonacie Melaxa, który mogę szczerze polecić. Jedzenie było rewelacyjne, a porcje ogromne. Ja miałam placki ziemniaczane i rewelacyjną zupę czosnkową. Zapłaciłam 35 zł, co wydaje mi się wręcz nierealne. Super miejscówka!

Hala Pisana (Beskid Sądecki) – 27 grudzień 2025.

W 2025 roku nasz świąteczny wyjazd do Nowego Sącza był wyjątkowo długi, więc uznaliśmy z Kasprem, że warto poświęcić jeden dzień na górską wycieczkę. Ostatnią w tym roku.

Normalnie jeździmy w góry z Krakowa, więc naprawdę szkoda byłoby nie wykorzystać okazji, będąc tak blisko Beskidu Sądeckiego.

Co prawda początkowo planowałam zdobycie Lackowej (odkładanego już od dłuższego czasu szczytu Korony Gór Polskich), ale jako że dojazd do Wysowej okazał się trudniejszy niż ktokolwiek by przypuszczał i chyba łatwiej byłoby zmienić kontynent niż przejechać te kilkadziesiąt kilometrów transportem publicznym, to ostatecznie padło na trasę rekreacyjną, bez pieczątki.

Zerknęłam na mapę i dość szybko wybrałam przyjemną traskę z Piwnicznej do Rytra. Punktem kulminacyjnym miała być Hala Pisana, której nie pamiętam z żadnych wcześniejszych wycieczek, więc być może nigdy tam nie byłam.

Dalej mieliśmy udać się do Schroniska Górskiego Cyrla i zejść do Rytra.

Trasa faktycznie okazała się bardzo przyjemna, a pogodę mieliśmy wręcz wymarzoną. Grudzień w tym roku raczej nie był godzien zapamiętania, a nam akurat trafił się przepiękny, słoneczny dzień, z cudnymi widokami na Tatry i iście bajkowym, śnieżnym krajobrazem na szczycie. Coś niebywałego, zwłaszcza, że następnego dnia znów nastał ziąb, wiatr i szaruga.

Gdy opuszczaliśmy Piwniczną i zaczynaliśmy wspinaczkę, krajobraz wskazywał na początki wiosny. Nie było śladu śniegu, a słońce wręcz oślepiało.

Tak naprawdę śnieg zobaczyliśmy dużo później, w okolicach szczytu i było go bardzo mało. Ziemia była jednak mocno zmrożona, więc ta delikatna warstwa śnieżnego puchu nie topiła się i tworzyła przyjemny, cieniutki dywanik. Szło się naprawdę znakomicie. Nie było ani błota, ani zasp, ani nawet ślizgawic. Perfekcyjne podłoże!

Natomiast drzewa były przystrojone jak na święta. Chciałabym mieć taką choinkę za oknem w wigilię. Widać, że mocno wiało, gdyż każda najmniejsza gałązka i każda igiełka były pokryte warstwą zmrożonego śniegu i nie mogłam się napatrzeć na ten krajobraz. Bajka!

Co do samego żółtego szlaku prowadzącego na Halę Pisaną z Piwnicznej, to był spoko, ale kilka podejść było dość morderczych. W niektórych miejscach stromizny dawały się mocno we znaki.

Mijając skupisko kilku domów, zapoznaliśmy starszego pana, który tam mieszka. W kilka minut opowiedział nam historię swojego życia, co było bardzo ciekawe. Wiemy już na przykład kto robił dach na Schronisku Górskim Cyrla. Uwielbiam takie interakcje!

Ostatnio, gdy schodziliśmy z Niemcowej, też zapoznaliśmy pana, dzięki któremu poszłam później zwiedzić Jackową Pościel.

Ten pan powiedział, że niepotrzebnie idziemy na Halę Pisaną, bo tam już nie ma widoków. Faktycznie, ze szczytu widok nie był jakiś oszałamiający, ale te drzewa robiły robotę, więc i tak uważam, że warto było tam podejść.

Podsumowanie.

Jak już wspomniałam, w 2025 r. spędziłam w górach 6 weekendów i dwa pojedyncze dni. Byłam w dobrze mi znanych Pieninach i Beskidzie Sądeckim, troszkę mi już znanych Beskidzie Małym i Śląskim i kompletnie mi nie znanych Górach Świętokrzyskich, Beskidzie Niskim i Żywieckim oraz Tatrach Niżnych na Słowacji.

Najdłuższa i zarazem najbardziej wymagająca była trasa prowadząca przez szczyty Krakova hol’a i Krúpove Sedlo w Tatrach Niżnych. Trzeba jednak przyznać, że było warto się pomęczyć, żeby zobaczyć te wszystkie widoki.

Jeszcze piękniejszy był odcinek z następnego dnia, prowadzący na szczyt Chopok (2 023 m n.p.m.), który jest też najwyższym szczytem jaki zdobyłam w 2025 r.

Najwięcej przewyższeń przypada jednak na pierwszy dzień tego wyjazdu. Według mapy turystycznej, było to 1 835 m (według nagrania jeszcze więcej, a mianowicie 1 950 m) i jest to chyba mój rekord życiowy, a przynajmniej czułam się jakby nim był. Pod koniec już ledwie podnosiłam nogi do góry.

Najprzyjemniej wspominam wycieczkę na Łysicę i to nie tylko dlatego, że zdobycie tego szczytu było wyjątkowo łatwe. Krajobraz zimowy jaki tam zastałam był po prostu bajkowy, a sama góra zrobiła na mnie ogromne wrażenie i stała się jedną z moich ulubionych.

W sumie przeszłam 215.8 km i pokonałam 10 800 m przewyższeń. Nie jest źle, ale mam nadzieję, że w 2026 r. będzie jeszcze lepiej. Oby jak najwięcej wyjazdów w góry!

Napisane przez

Małgorzata Kluch

Cześć! Tutaj Gosia i Kasper. Blog wysrodkowani.pl jest poświęcony podróżom i życiu w Chinach. Po pięciu latach spędzonych w Azji i eksploracji tamtej części świata, jesteśmy z powrotem w Europie, odkrywając nasz kontynent.