
Ostatnimi laty unikałam wyjazdów podczas wakacji oraz wszelkich świąt i długich weekendów (ze względu na tłumy), ale w 2025 roku przyjęłam inną taktykę. Zmusiło mnie do tego życie, gdyż 26 dni urlopu to stanowczo za mało i żeby zrealizować moje plany podróżnicze, muszę wykorzystać jak najwięcej dni ustawowo wolnych od pracy. Zeszłoroczna majówka była do tego idealna. Biorąc zaledwie jeden dzień urlopu, w poniedziałek 5 maja, otrzymaliśmy 5 dni wolnych i powrót po weekendzie, czyli bez tłumów. Wyszło idealnie.
Wybraliśmy się do Puszczy Białowieskiej, a dokładnie do Białowieży. Jedno i drugie skradło nasze serca i będziemy wracać. Jesteśmy zachwyceni, oczarowani, trochę zaskoczeni. Przyroda Puszczy Białowieskiej to po prostu kosmos, coś niebywałego, bajka. Magiczne miejsce!
Zachwyciłam się tuż po przyjeździe, oglądając pierwsze krajobrazy, a z biegiem dni i kolejnymi odwiedzanymi miejscami, to uczucie zachwytu tylko potęgowało.
Już rozumiem jak Simona Kossak mogła tu przyjechać i zostać na zawsze. Ten las ma w sobie magię, siłę przyciągania, jest inny niż wszystkie.
Cały czas czułam bliskość natury i to takiej pierwotnej, nienaruszonej. Miałam wrażenie, jak gdyby wszystko było tam dokładnie takie samo jak 100 albo 200 lat wcześniej. Jak gdybym przeniosła się do starodawnej wsi. Krajobrazy wyglądały jak żywcem przeniesione z obrazów.
Co więcej, czułam się tam tak swojsko, prawie jak u siebie. Ludzie byli mili, chętnie zagadywali, można było się sporo od nich dowiedzieć.
Jak się okazuje, turystyka w tych okolicach nie jest jeszcze zbytnio rozbudowana, a z powodu wydarzeń przy granicy z Białorusią z ostatnich lat, przez wiele miesięcy w ogóle nie istniała. Jak dowiedzieliśmy się od właścicielki pensjonatu, w którym się zatrzymaliśmy, turyści nie mieli wstępu do Białowieży w najbardziej newralgicznym okresie, a ludzie utrzymujący się z turystyki otrzymywali w tym czasie rekompensaty od państwa.
Ksiądz z cerkwi mówił, że ludzie do tej pory boją się przyjeżdżać, ze względu na przekaz medialny. Możemy to potwierdzić, my byliśmy tam na majówkę i turystów faktycznie nie było zbyt wielu. Jedyne miejsce, w którym było trochę bardziej tłoczno, to Rezerwat Pokazowy Żubrów.
Z naszej perspektywy oczywiście im mniej turystów tym lepiej, ale widać, że mieszkańcy chcieliby więcej. Nic dziwnego, w końcu turystyka to jedno z podstawowych źródeł utrzymania w regionie. Co innego można robić w takich małych wioskach?

Dojazd do Puszczy Białowieskiej.
My standardowo zdecydowaliśmy się na podróż koleją i poszło bardzo sprawnie. Najpierw pociąg z Krakowa do Warszawy Wschodniej, a następnie do Hajnówki.
Dalej autobusem do Białowieży.
Znalezienie przystanku w Hajnówce i rozszyfrowanie rozkładów nie było najłatwiejszym zadaniem, ale jakoś poszło (pomogli przemili mieszkańcy).
Stacjonując w Białowieży wszędzie mieliśmy blisko i wszędzie chodziliśmy na nogach.
Następnym razem chciałabym pojechać tam jednak samochodem.
Jako że w Białowieży widzieliśmy prawie wszystko, to następnym razem chciałabym poeksplorować również okoliczne wioski, a także trochę dalsze okolice (szczególnie wpadł mi w oko Supraśl) i dlatego wydaje mi się, że przy okazji kolejnej wizyty, auto będzie lepszym rozwiązaniem.
Nocleg.
Na nasze cztery noclegi zatrzymaliśmy się w agroturystyce „Jutrzenka”. Jest to miejsce, które z czystym sumieniem możemy polecić.
Oczywiście nie ma luksusów, ale wszystko jest bardzo zadbane, czyste, przyjemnie urządzone. Do wspólnego użytku jest kuchnia, gdzie Kasper codziennie robił śniadania. Po drugiej stronie ulicy jest duży supermarket Dino, a do centrum Białowieży jest niewiele ponad kilometr. Idąc kilka minut w drugą stronę, dojdziemy do Geometrycznego Środka Puszczy Białowieskiej.
A największym atutem tego miejsca jest szalenie miła właścicielka, z którą można gadać w nieskończoność. Bardzo otwarta i ciekawa osoba. Znała Simonę Kossak i ma obrazek konia namalowany przez siostrzenicę Simony.
Pogoda.
Prognoza pogody na majówkę była bardzo dynamiczna i codziennie inna, a amplitudy temperatur szalone jak na tę porę roku.
O dziwo wszystko się poukładało i ostatecznie mieliśmy piękną pogodę. Trzy pierwsze dni były bardzo ładne i słoneczne. Czwartego dnia troszkę pokropiło, a później wiał dość silny wiatr, ale też ogólnie było ciepło i całkiem przyjemnie. Dopiero ostatniego dnia pogoda się pogorszyła, ale wtedy zwiedzaliśmy Muzeum Białoruskie w Hajnówce i zbieraliśmy się do powrotu, więc było nam już wszystko jedno.
Tak więc, spędzenie majówki na Podlasiu okazało się bardzo dobrym pomysłem.
Różnorodność wrażeń.
Mogłoby się wydawać, że wybierając się do Puszczy Białowieskiej, będziemy głównie … chodzić po lesie. Owszem, chodzenia po lesie było dużo! Ale te okolice mają do zaoferowania jeszcze wiele innych, naprawdę unikalnych atrakcji, w tym również, albo przede wszystkim, dla dzieci.
Rezerwat Pokazowy Żubrów, Muzeum Przyrodniczo – Leśne BPN, ścieżki edukacyjne, wieże widokowe, drezyny, czy też Restauracja Carska, gdzie kawusię wypijemy na peronie byłej stacji kolejowej!
Byłam wręcz w szoku jak wiele mogliśmy doświadczyć i jak wspaniale spędziliśmy czas. To był cudowny wyjazd i wielka frajda dla całej rodziny.
Kuchnia.
Co do jedzonka, to okazało się, że nie musiałam zbyt długo czekać na mojego kolejnego cepelina, a raczej kartacza, bo to właśnie tej nazwy używa się na Podlasiu, gdzie jest bardzo popularny.
Przez cały pobyt w Białowieży, zajadaliśmy się takimi samymi lub bardzo podobnymi potrawami jak na Litwie, gdzie byliśmy zaledwie miesiąc wcześniej!
Tak więc znów wchodziły wspomniane już kartacze, kiszka, pierogi, a także inne, typowo wschodnie potrawy, takie jak pielmieni, solianka, czy też babka ziemniaczana.
Byłam z tego powodu mega zadowolona, gdyż tak jak pisałam w jednym z poprzednich wpisów, jedzenie na Litwie bardzo przypadło mi do gustu. Widząc, że kuchnia Podlasia jest prawie identyczna, nie posiadałam się ze szczęścia.
Kartacze zamówiłam trzy razy, w tym raz z dziczyzną. Były bardzo dobre, ale troszkę inne niż na Litwie i bardziej zielonkawe. Natomiast kiszka była bardzo mięsna i miała inną konsystencję niż ta, której próbowaliśmy w Kownie.
Co do restauracji, to w Białowieży odwiedziliśmy Leśną, Fanaberię (gdzie jedzenie przywozi robot) i Stoczek 1929, ale najbardziej smakowało nam w Białowieżance, chociaż zaplecze tej restauracji znajduje się w baraku.
Natomiast w Hajnówce wstąpiliśmy do Niezapominajki, gdzie jedzenie całkowicie zwaliło nas z nóg. Pycha! I tam też wreszcie spróbowaliśmy lokalnego deseru – Marcinka Hajnowskiego.





Park Pałacowy Białowieskiego Parku Narodowego.
Pierwszego dnia, tuż po przyjeździe, nie mieliśmy zbyt dużo czasu, więc udaliśmy się tylko na krótki spacer, wstępny rekonesans i jedzonko. Oczywiście od razu zachwyciliśmy się otaczającą nas przyrodą, gdyż była tak niesamowicie naturalna, niczym niezmącona, orzeźwiająca.
Natomiast następnego dnia, w pierwszej kolejności udaliśmy się do Parku Pałacowego.
Zespół parkowo – pałacowy rezydencji myśliwskiej carów Rosji powstał w latach 1889 – 1894. Jego powierzchnia to 50 ha, a jego główną budowlą był pałac carski, który spłonął w 1944 r. Ruiny po pałacu zostały usunięte na początku lat 60., ale w parku zachowały się inne budynki.
My najpierw przeszliśmy się ścieżką pomiędzy stawami, przy której stoi zabytkowy obelisk. Jest to pamiątka po polowaniu króla Augusta III Sasa, które odbyło się we wrześniu 1752 r. Na obelisku znajduje się opis polowania (zabito wtedy 42 żubry, 13 łosiów, 2 sarny) i nazwiska dostojników, którzy w nim uczestniczyli. Zapis jest w języku polskim i niemieckim.
Kawałek dalej znajduje się przepiękny Dworek Gubernatora (z 1845 r.), który podziwialiśmy już dzień wcześniej, z daleka. Teraz zatrzymaliśmy się przy nim na dłuższą chwilę.
Budynek nie jest dostępny do zwiedzania i chyba kompletnie pusty w środku, ale z zewnątrz prezentuje się zacnie. Jest też wspaniale umiejscowiony, tuż nad wodą.
Dworek jest drewniany, w rosyjsko – szwajcarskim stylu. Zanim wybudowano pałac, był najbardziej okazałym budynkiem w Białowieży i to w nim zatrzymał się car Aleksander II w 1860 r., podczas swojego pierwszego polowania w Puszczy Białowieskiej.
W późniejszym czasie w dworku znajdowało się muzeum prezentujące pamiątki z carskich polowań. Natomiast podczas I wojny światowej, działał tam szpital polowy, a później kasyno oficerskie.
Swego czasu działała tam też restauracja, a nawet przedszkole. Od 1996 r. działa tam podobno Ośrodek Edukacji Przyrodniczej im. J.J. Karpińskiego, ale tak jak pisałam powyżej, budynek wydał nam się opuszczony.
W dalszej kolejności obejrzeliśmy inne zabudowania parku i pochodziliśmy ścieżkami. Do parku wracaliśmy też przy innych okazjach i zeszliśmy chyba wszystkie ścieżki. Widzieliśmy tam bociany i wiele pięknych okazów drzew. Zojka zbierała kwiatki, a my cieszyliśmy się przyrodą. Piękne miejsce.




Ścieżka edukacyjna „Żebra Żubra”.
Póki co, po odwiedzeniu Parku Pałacowego, wybraliśmy się na nogach na początek ścieżki edukacyjnej „Żebra Żubra”.
Jest to bardzo przyjemny szlak prowadzący przez puszczę. Jego długość to 2.7 km. i przez dużą część czasu idzie się drewnianą kładką. Jest więc bardzo przystępny dla dzieci i łatwo przejechać po nim wózkiem. Natomiast otaczające nas krajobrazy i odgłosy natury to bajka dla oczu i uszu.
Byliśmy zachwyceni tym spacerem!



Natomiast tuż po ukończeniu ścieżki, trafiliśmy na placyk przed Rezerwatem Pokazowym Żubrów, gdzie odbywały się różne aktywności dla dzieci. Były układanki, kolorowanki, klocki, a także warsztaty robienia świeczek z plastrów miodu. Zojka sobie taką świeczkę zrolowała i zabrała ze sobą.


Rezerwat Pokazowy Żubrów.
W dalszej kolejności udaliśmy się do Rezerwatu Pokazowego Żubrów. Było to nasze drugie miejsce tego typu w przeciągu pół roku, gdyż podczas zimowego pobytu w Międzyzdrojach odwiedziliśmy tamtejszą Zagrodę Pokazową Żubrów.
Jak można się dowiedzieć z tablicy informacyjnej, w 1915 r. w Puszczy Białowieskiej żyło 785 żubrów. Natomiast w 1919 r. ostatni z nich został zabity. Niestety nie ma więcej informacji na ten temat.
Restytucja populacji zaczęła się jednak dość szybko, gdyż w 1929 r. do specjalnie przygotowanej zagrody, przywieziono dwa pierwsze osobniki. Po dziesięciu latach było ich już 16.
W 1945 r. puszcza została przedzielona granicą państwową z Białorusią.
W 1952 r. w polskiej części wypuszczono na wolność dwa pierwsze żubry, a pierwsze cielę w wolno żyjącym stadzie urodziło się w 1957 r.
W 1971 r. populacja żubrów po polskiej stronie liczyła już ponad 200 osobników, a w 2008 r. było to już 456 osobników.
Ogólnie na świecie żyje 4 000 żubrów, z czego 1 100 w Polsce.
Co do zagrody, to można w niej zobaczyć sporo żubrów, a także inne zwierzęta. Widzieliśmy wygodnie umoszczonego w liściach dzika, jelenie, konie.
O ile Zojka lubi zwierzątka i chętnie je oglądała, to jeszcze więcej radości przyniósł jej tamtejszy plac zabaw i tyrolka.
Na koniec odwiedziliśmy natomiast małą wystawę, gdzie znajduje się m.in. szkielet żubra.
Zagroda była zdecydowanie najbardziej turystycznym miejscem jakie odwiedziliśmy podczas wizyty w Białowieży, ale uważam, że warto się tam wybrać. Zwłaszcza, że szanse na zobaczenie żubra na wolności są minimalne (i dobrze, gdyż okazuje się, że żubry to bardzo niebezpieczne zwierzęta).






Ścieżka edukacyjna „Puszczańskie Drzewa”.
Do naszego pensjonatu wróciliśmy kolejną wspaniałą ścieżką edukacyjną – „Puszczańskie Drzewa”. Poza podziwianiem przyrody, można się tam też dowiedzieć kilku rzeczy, gdyż co jakiś czas natrafia się na tablicę informacyjną.


Geometryczny Środek Puszczy Białowieskiej.
Tuż przed naszym pensjonatem natrafiliśmy jeszcze na Geometryczny Środek Puszczy Białowieskiej.
Został oznaczony w 1968 r. i stoi tam ogromny granitowy głaz. Głaz ten jest jednym z największych głazów tego typu znalezionych na terenie puszczy i w 1993 r. ustanowiono go pomnikiem przyrody.
Muzeum Przyrodniczo – Leśne BPN.
Drugi dzień rozpoczęliśmy od spaceru po Parku Pałacowym i odwiedzin w znajdującym się na jego terenie Muzeum Przyrodniczo – Leśnym BPN.
Muzeum nie zwiedza się na własną rękę, tylko z przewodnikiem. Jest tak dlatego, że w pomieszczeniach jest ciemno, a przewodnik kontroluje oświetlenie i pokazuje konkretne elementy w konkretnym czasie, opatrzając wszystko komentarzem.
Ciekawe miejsce. A ze względu na ogromną ilość wypchanych zwierząt, wystawy są dość obrazowe.
Można też dowiedzieć się kilku ciekawostek. Przykładowo, pierwsze ślady osadnictwa na tym terenie pochodzą z neolitu i wczesnej epoki żelaza, czyli VI – IV w. p.n.e.
W późniejszym czasie dotarli tu Goci, a od VI w. Podlasie zamieszkują Słowianie.
Co ciekawe, odkryto dwa cmentarzyska, których wyposażenie wskazuje na kontakty handlowe mieszkańców tych terenów z Cesarstwem Rzymskim.
Jeśli chodzi o ciekawostki, których dowiedzieliśmy się od naszej przewodniczki, to w Puszczy Białowieskiej występują wiewiórki albinosy i dziki karły. Natomiast borsuki robią jamy pod ziemią, które są bardzo czyste. Odchody zakopują i to w pewnej odległości od jamy.
Jeśli w takim miejscu zauważymy odchody albo resztki jedzenia, to będzie to oznaczało, że w jamie zamieszkał lis.
W budynku muzeum jest też taras widokowy, aczkolwiek ukazująca się z niego panorama nie jest szczególnie okazała.




Cerkiew w Białowieży.
Popołudniu odwiedziliśmy cerkiew, która bardzo wyróżnia się w krajobrazie Białowieży i myślę, że naprawdę warto tam zawitać.
Nie wiadomo kiedy dokładnie w Białowieży założono parafię, ale cerkiew była tam już w 1793 r., a przetrwała do 1870 r. (oczywiście pierwsi mieszkańcy Białowieży pochodzili ze wschodu, czyli byli wyznania prawosławnego).
Już w 1853 r. wybudowano nową cerkiew, p.w. św. Mikołaja Cudotwórcy.
Natomiast obecna cerkiew była budowana w tym samym czasie co pałac carski, w latach 1894 – 1895. Jej patronem również jest św. Mikołaj Cudotwórca.
Przed cerkwią znajduje się głaz upamiętniający białowieżan, którzy zostali zamordowani przez hitlerowców w masowych egzekucjach. Jak można wyczytać z tablicy informacyjnej, na drzewach przed cerkwią powieszono ponad 90 osób.
Kiedyś na głazie znajdowała się tablica z wizerunkiem Józefa Piłsudskiego, a jeszcze wcześniej w tym miejscu stał pomnik Aleksandra II.
Sam głaz jest pomnikiem przyrody nieożywionej i liczy sobie 150 000 lat.
Co do cerkwi, to jest bardzo ładna w środku i myślę, że warto tam wstąpić przy okazji wizyty w Białowieży. Warto jednak pamiętać, że są tam konkretne godziny otwarcia.




Rezerwat Ścisły Białowieskiego Parku Narodowego.
Na koniec dnia byliśmy zapisani na wycieczkę z przewodniczką do Rezerwatu Ścisłego Białowieskiego Parku Narodowego.
Jest to zdecydowanie obowiązkowy punkt programu podczas pobytu w Puszczy Białowieskiej i jej najbardziej niesamowita część.
Jest to las pierwotny, całkowicie naturalny, bez ingerencji człowieka. Jak się dowiedzieliśmy, gdy spadnie jakieś drzewo, zostaje dokładnie w tym miejscu, w którym spadło. Jeśli spadnie na ścieżkę, zostaje przesunięte, ale nie wywozi się go.
Co ciekawe, takie martwe drzewo jest domem dla bardzo wielu różnych organizmów i ich liczba jest dużo większa niż na żywym drzewie.
Jak można przeczytać na tablicy informacyjnej:
„Wartość Rezerwatu Ścisłego polega na tym, iż las jest kształtowany przez procesy przyrodnicze. Istnieją tu niezmienione przez człowieka układy wód, gleb i wykształcające się na nich drzewostany. Różnorodność zbiorowisk i obecność wielu martwych drzew, których występowanie jest konsekwencja naturalnych procesów, tłumaczy niezwykłe bogactwo światów: roślin (w tym paprotników, mchów, wątrobowców), zwierząt (dużych kopytnych, drobnych ssaków, wielu drapieżników) i grzybów.
W niektórych partiach Rezerwatu zachowały się historyczne ślady obecności człowieka w lesie: kurhany z XI – XIII w., mielerze z XVIII w., drzewa bartne i wyżarowe z XVIII i XIX w., polany pastewne i zręby z XX w.”
Co ciekawe, Rezerwat trafił w 1979 r. na listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości jako pierwsze przyrodnicze miejsce w Europie, a czwarte na świecie.
Do Rezerwatu można wejść tylko z przewodnikiem i w małej grupie. Cena zależy od liczby osób, przy czym jest to maksymalnie 10 osób (wliczając dzieci), więc warto zapisać się z wyprzedzeniem.
Grupa spotyka się przed małym biurem niedaleko wejścia do Parku Pałacowego i stamtąd wyrusza pieszo do Rezerwatu.
Nasza przewodniczka już od samego początku pokazywała nam różne rośliny rosnące przy drodze i opowiadała o ich właściwościach. Niektórych próbowaliśmy.
Wydało mi się to niesamowite, że takie zwykłe roślinki, na które nikt nie zwraca uwagi i być może traktuje jak chwasty, mogą być pysznym dodatkiem do sałatki albo mieć jakieś właściwości.
Fajnie znać się na roślinach.
Niedługo później zaszliśmy pod bramę, która prowadzi do Rezerwatu i przy której stoi strażnik.
Po przejściu na drugą stronę, weszliśmy na ścieżkę, która poprowadziła nas przez las. Jest tam taka jakby główna droga, którą później wracaliśmy, ale najpierw szliśmy właśnie ścieżką, prowadzącą w głąb lasu.
Przewodniczka cały czas opowiadała o puszczy, zresztą bardzo ciekawie, ale mnie najbardziej zachwyciła bliskość z naturą, jaką tam odczuwałam. Puszcza jest piękna, taka zielona, prawdziwa, wyciszająca. Coś wspaniałego!
Wszędzie leżą powalone drzewa i faktycznie widać, jak tętni na nich życie. Niektóre są całkowicie porośnięte przez roślinki i widać, że są domem dla małych stworzonek.
Żubrów nie widzieliśmy, ale jak się okazuje, są to bardzo niebezpieczne zwierzęta. Pomimo dość niepozornego wyglądu, mogą zaatakować i dlatego lepiej trzymać się od nich z daleka (co najmniej 50 m). Co więcej, ich masywna postura nie przeszkadza im szybko biegać, a nawet przeskakiwać przez płoty.
Spacer z przewodniczką był dość długi, trwał ok. 3 godzin. Było to bardzo ciekawe doświadczenie, zdecydowanie highlight tego wyjazdu. Bardzo polecam!
Co do ciekawostek, to Puszcza Białowieska ma 14 000 lat, rośnie od ostatniego zlodowacenia.
Dowiedzieliśmy się też dlaczego w lesie nie można rozpoznać kierunku świata po mchu na drzewach. Otóż na otwartym terenie, mech faktycznie rośnie od północy, ze względu na wilgoć. Ale w lesie dostęp światła jest ograniczony, a co za tym idzie, mech może porastać drzewa z każdej strony.







Białowieskie Drezyny Rowerowe i Restauracja Carska.
Na następny dzień mieliśmy zaplanowane coś extra, a mianowicie, Białowieskie Drezyny Rowerowe.
Żadne z nas nigdy nie jeździło drezynami, więc miało to być nowe doświadczenie.
Pogoda nie była idealna, gdyż padał lekki deszczyk, ale w żaden sposób nam to nie przeszkadzało i z samego rana udaliśmy się na nieczynną już stację Białowieża Towarowa.
Byliśmy trochę przed czasem, więc w pierwszej kolejności pochodziliśmy sobie po terenie wokół Restauracji Carskiej, której taras znajduje się na peronie kolejowym. Jest tam też sporo starych budynków i zabytkowe pojazdy kolejowe.
Bardzo fajne miejsce i później zasiedliśmy tam też na kawusię. Kelnerzy byli bardzo mili i w związku z tym, że nie serwowali o tej porze jedzenia, poczęstowali Zojkę rogalikiem ze śniadania hotelowego. Wpuścili nas też do środka, żebyśmy mogli zobaczyć wnętrza i zrobić kilka zdjęć.
Co do drezyn, to o umówionej porze udaliśmy się do małej budki przy przejeździe kolejowym, gdzie starsi panowie obsługują drezyny.
Zrobiłam wcześniej rezerwację przez stronę internetową, ale okazało się, że nie trafiła ona do tych panów. Na szczęście nie było dużo chętnych, więc i tak załapaliśmy się na drezynę. O ile dobrze pamiętam, za jednym razem jedzie ich cztery, a tego dnia, łącznie z naszą, zajętych były tylko trzy.
Pedałują dwie osoby, a z tyłu każdej drezyny jest ławeczka, która może pomieścić 2-3 osoby. Jako że my dwoje musieliśmy pedałować, to nie miał kto siedzieć na ławeczce z Zojką i bałam się, że spadnie. W związku z tym, usadowiliśmy ją pomiędzy nami, razem z wózkiem.
Pierwszą drezyną, razem z turystami, jechał jeden ze starszych panów, który miał odblaskową kamizelkę i trąbkę do zatrzymywania samochodów na przejeździe.
Trasy są do wyboru dwie, łatwa i zaawansowana. My na pierwszy raz wybraliśmy oczywiście łatwą i faktycznie taka była. Jej długość to 4 km i jazda tam i z powrotem trwa ok. 30 minut.
Pedałuje się lekko, łatwo utrzymać dystans pomiędzy drezynami i łatwo się zatrzymać. Frajda jest natomiast niemała! Bardzo przyjemne doświadczenie.
Co do historii drezyn, to linia, po której jeżdżą, pochodzi z 1897 r. i służyła głównie do przejazdów gości na polowania. Jeździli nią urzędnicy, wojskowi, znane osobistości, a także car Mikołaj II, czy też Ignacy Mościcki.










Spacer po okolicach.
Resztę dnia poświęciliśmy na spacery. Chodziliśmy bez większego celu, ale jak się okazało, w Puszczy Białowieskiej nie trudno znaleźć fajne miejsca.
Najpierw zaszliśmy pod pomnik poświęcony mieszkańcom Białowieży, którzy w latach 1939 – 1941 i 1944 – 1956 zostali wywiezieni na Syberię.

Później natrafiliśmy na małą wieżę widokową, z której rozpościerają się przepiękne widoki na Narewkę i zarośla wokół niej. Jest to krajobraz jak z obrazu, coś pięknego!
Kawałek dalej, z małego mostku, można natomiast podziwiać Polanę Białowieską.



Idąc dalej, natrafiliśmy na wejście do lasu. Byliśmy bardzo blisko granicy z Białorusią, ale ze względu na silny wiatr, nie chcieliśmy się za daleko zapuszczać i trzymaliśmy się ścieżki. Ta doprowadziła nas do kurhanu.



Przeszliśmy też główną ulicę w Białowieży, Stoczek, podziwiając tamtejszą zabudowę. Niektóre domki są odnowione i prezentują się przepięknie. W jednym z nich mieści się Restauracja Stoczek 1929, w której zatrzymaliśmy się na obiad.
Potrawy były dość wymyślne, a co za tym idzie, ich ceny zdawały się być zawyżone, ale mnie bardzo spodobało się wnętrze restauracji. Dlatego uważam, że mimo wszystko warto zatrzymać się tam na posiłek.




Na koniec trafiliśmy na jeszcze jedną wieżę widokową z piękną panoramą na Narewkę. Widać, że rzeka płynie swobodnie i nikt nie próbuje jej regulować. Wygląda to zjawiskowo.

Hajnówka i Muzeum Białoruskie.
Następnego dnia rano pojechaliśmy do Hajnówki. Pociąg do Warszawy mieliśmy dopiero po południu, ale chcieliśmy wstąpić do Muzeum Białoruskiego, a później zjeść jeszcze obiadek przed podróżą.
Bryła budynku muzeum jest dość specyficzna, powiedziałabym, że w sowieckim stylu, ale samo muzeum jest mega ciekawe i myślę, że warto się tam udać.
W salkach z głośników lecą nagrania opowiadające o konkretnych elementach wystawy i można całkiem sporo się dowiedzieć. Scenki jakie tam zaaranżowano dotyczą codziennego życia ludności białoruskiej, głównie różnych prac rzemieślniczych. Eksponaty pochodzą z XIX i XX wieku, z okolicznych miejscowości w powiecie hajnowskim.
W muzeum jest też trochę współczesnej sztuki, w tym na przykład rzeźby przedstawiające postaci z mitologii słowiańskiej.





„Żubr – Puszczy Imperator”.
Niedaleko muzeum znajduje się mały park, w którym stoi pokaźnych rozmiarów pomnik żubra. Napis na nim głosi „Żubr – Puszczy Imperator”.


Drewnal.
Warta uwagi jest również stacja kolejowa w Hajnówce, na fasadzie której powstały niezwykłe drewnale (obrazy malowane bezpośrednio na drewnie) autorstwa Arkadiusza Andrejkowa.
Miałam kiedyś w rękach album z jego pracami, których w okolicy jest znacznie więcej i już wtedy planowałam zobaczyć przynajmniej te w Hajnówce. Cieszę się, że się udało.
Drewnale są naprawdę piękne i tak bardzo nietypowe. Przedstawiają osoby z rodzin pierwszych hajnowian i ich wizerunki zostały zaczerpnięte ze starych zdjęć.


Podsumowanie.
Cieszę się, że wreszcie udało się zrealizować wyjazd do Puszczy Białowieskiej i poznać trochę to wspaniałe miejsce.
Bardzo nam się tam podobało i mam nadzieję, że jeszcze nie raz będziemy mieli okazję poeksplorować tamtejsze tereny.










