Lublin, Carnaval Sztukmistrzów.

Wszelkie wątpliwości rozwiane, Lublin oficjalnie moim ulubionym miastem w Polsce! Jestem obłędnie zakochana!

W lipcu 2025 r. wybraliśmy się do Lublina po raz drugi, prawie dokładnie dwa lata po pierwszej wizycie. Inicjatorką tego wyjazdu była moja sąsiadka Maria, a okazją Carnaval Sztukmistrzów, który odbywa się tam co roku i jest największym festiwalem współczesnej sztuki cyrkowej w Polsce.

Ja w tym roku usłyszałam o tym festiwalu po raz pierwszy i zastanawiam się dlaczego. Jest to tak świetne wydarzenie, że z pewnością zasługuje na znacznie większy rozgłos.

Festiwal trwa cztery dni, podczas których artyści cyrkowi z całego świata prezentują swoje umiejętności na ulicach miasta. Miejsca takie jak Plac Łokietka, Plac przed Trybunałem, Plac po Farze, czy też Błonia pod Zamkiem stają się dla nich scenami.

Pokazy zaczynają się o pełnych godzinach i każdy odbywa się kilkukrotnie, więc można je sobie rozplanować tak, żeby zobaczyć wszystkie, które nas interesują.

Oprócz tego, pomiędzy niektórymi budynkami rozciągnięte są taśmy, na których swoich sił próbują entuzjaści slackliningu w ramach Urban Highline Festival, który jest wydarzeniem towarzyszącym. Jak wyczytałam z ulotki, jest to najstarszy i największy na świecie festiwal highline’owy odbywający się w mieście.

Tak więc, można usiąść sobie na placu i oglądać występ jakiegoś artysty, a jednocześnie spoglądać w górę, na śmiałka stąpającego po linie. Jest to doświadczenie dość abstrakcyjne, a tym samym niezwykle ciekawe.

My dodatkowo trafiliśmy jackpot’a z apartamentami, gdyż okazało się, że zarówno nasz pokój, jak i naszych sąsiadów, ma okna wychodzące na Plac Łokietka i niektóre występy mogliśmy oglądać wprost z naszych parapetów. Świetna opcja, naprawdę.

Występy w ramach Carnaval Sztukmistrzów.

W sumie w całości udało nam się obejrzeć 5 występów, plus ja jeden oglądałam w nocy z parapetu naszego pokoju.

La Cie des Chaussons Rouges “Épiphytes”.

“Épiphytes” to jedyny występ typowo akrobacki jaki widzieliśmy podczas festiwalu i wywarł on na nas spore wrażenie. Przedstawienie było bardzo spokojne i zmysłowe i pokazywało więź pomiędzy czterema kobietami, które je wykonywały.

Kobiety wspinały się po ciekawej konstrukcji i chodziły po linie, a także wykonywały na niej przeróżne pozy i ruchy bez żadnego zabezpieczenia. Wysokość nie była zatrważająca, ale wystarczająca, żeby w razie czego poważnie się uszkodzić, więc szacun, naprawdę.

Moją uwagę zwróciło to jak dokładnie wykonywały każdy ruch i jak ewidentnie sobie ufały. Wykazywały niesamowite skupienie i w rezultacie był to bardzo piękny i artystyczny pokaz. Z pewnością godny polecenia.

Cristal Circo ”Tutú”.

Cristal Circo to artystka z Patagonii w Argentynie, której show ”Tutú” to mieszanka klaunady, kontorsji, tańca, pomniejszych akrobacji i interakcji z publicznością. Kobieta jest zabawna i utrzymuje fajny kontakt z widownią, więc występ był naprawdę fajny.

Szczególnie Zojce zapadła w pamięć, gdyż wspomina ją do tej pory i nawet zapamiętała jej imię.

Gato Blanco Gato Negro ”Atempo”.

Para tworząca ten zespół to dwa przeciwieństwa. Są jak biel i czerń, ogień i woda. On jest wysoki i szczupły, ona niziutka i okrągła. Razem wyglądają dość komicznie, co jak rozumiem, jest zgodne z zamysłem.

Przedstawienie było bardzo zabawne i świetnie przygotowane. Akrobacje były imponujące i świetnie bawiliśmy się na tym występie. Zojka była zachwycona.

Menzo Menjunjes ”Clown Show”.

Ten występ akurat nas rozczarował, w sumie jako jedyny. Opierał się głównie na interakcji z publicznością, która nie była jednak zbyt interesująca ani zabawna. Obie z Zojką wyczekiwałyśmy końca, który nadszedł zresztą przedwcześnie. Podczas jednego z numerów, kobieta zaproszona z widowni przewróciła się i zraniła w nadgarstek. Artysta próbował jeszcze przez chwilę kontynuować występ, ale po chwili przerwał mówiąc, że nie jest w stanie ze względu na to, co się stało. Jak dla mnie było to całkowicie zrozumiałe, ładnie się zachował.

Daniel Burley „Sunset Magic Show”.

Ostatni występ jaki obejrzeliśmy nie był może tym najbardziej imponującym, ale artysta wzbudził moją ogromną sympatię.

Show polegał na sztuczkach magicznych, które były fajne dla dzieci, ale artysta sam powiedział, że nie jest magikiem. Gdyby nim był, to nie byłoby go w Polsce, byłby gdzie indziej, w niebie.

Jako jedyny dodał do swojego występu przemyślenia, co bardzo mi się spodobało. Najpierw dziękował nam za to, że Polska nigdy nikogo nie skolonializowała, a później powiedział coś takiego: „There are wars all over the world. People are killing each other for no reason.” Na koniec wołał też: peace for Palestine, peace for Iran, peace for Europe, peace for Poland (wymienił wiele krajów i kontynentów).

Fajnie. Jako że sama ostatnio dużo myślę o tym, że nasz świat zmierza w bardzo złym kierunku, a większość ludzi zachowuje się jak gdyby nigdy nic, miło było zobaczyć kogoś, kto się przejmuje. Nawet jeśli nie jest w stanie zbyt wiele zdziałać w ten sposób, podoba mi się, że robi co może.

W piątek późnym wieczorem, pod naszymi oknami występowali też artyści, których nie znalazłam w programie festiwalu. Na pokaz kolesia z ogniami nie załapałam się w całości, ale jak Zojka zasnęła, to z kawusią w ręku obejrzałam kolejny występ. Była to młoda kobieta, która tańczyła, wykonywała różne skomplikowane pozy i również wymachiwała ogniami. W moim odczuciu poszło jej super.

Inne atrakcje Lublina.

Tym razem nie nastawialiśmy się na zwiedzanie miasta, zwłaszcza, że widzieliśmy już prawie wszystkie najważniejsze atrakcje Lublina podczas poprzedniej wizyty.

Ze względu na to, że pokazy odbywały się od godzin popołudniowych, trochę czasu jednak nam zostało i uznaliśmy, że fajnie będzie odwiedzić miejsca już nam znane.

Zeszliśmy uliczki Starego Miasta wzdłuż i wszerz oraz odwiedziliśmy Bazylikę Św. Stanisława oraz Archikatedrę Lubelską pw. św. Jana Chrzciciela i św. Jana Ewangelisty.

Co więcej, okazało się, że od naszej ostatniej wizyty znacznie przybyło koziołków! Teraz jest ich już 23!

Oprócz tego, wybraliśmy się do Regionalnego Muzeum Cebularza, gdzie odbywają się pokazy przygotowywania tej znakomitej przekąski.

Co ciekawe, w Lublinie znajduje się również Portal, czyli okrągły ekran, przez który można zobaczyć mieszkańców Wilna. Fajna sprawa.

Lubelskie Koziołki.

Jak już wspomniałam, dwa lata temu koziołków w Lublinie było zaledwie kilka, a my widzieliśmy wtedy tylko trzy. Jeden z nich – Światłowid, był nowiuteńkim dodatkiem, gdyż postawiono go 01.06.2023 r., a my w Lublinie byliśmy właśnie w czerwcu.

Miło było zobaczyć, że od tego czasu postawiono aż tak wiele nowych koziołków. Co więcej, Zojka jest akurat w takim wieku, że można było dać jej do ręki mapę, a ona entuzjastycznie wyruszyła na polowanie.

W sumie koziołków widzieliśmy całkiem sporo. W pobliżu Regionalnego Muzeum Cebularza znajduje się Jadzia. Widzieliśmy też Mikołaja, Kazika, Felicję, Kryspina, Łukasza, Onufrego i Światłowida.

Regionalne Muzeum Cebularza.

Regionalne Muzeum Cebularza to świetna atrakcja, zwłaszcza dla dzieci. Miejsce naprawdę godne polecenia.

Pokaz wytwarzania tej lubelskiej przekąski jest interaktywny i do pracy nad składnikami typowane są osoby z publiczności, w tym dzieci.

Nasze dziewczyny zostały poproszone o odmierzenie mąki i miały z tego świetną frajdę.

Ja też coś tam pomagałam.

Natomiast panie, które prowadzą pokaz są ubrane w tradycyjne stroje i mówią w zabawny sposób, dzięki czemu forma jest bardzo przystępna. Kuchnia też oczywiście jest zaaranżowana na stary styl.

Panie pokazują krok po kroku proces powstawania cebularza, ale te placki, które ostatecznie tworzy publiczność, wykonywane są ze składników przygotowanych wcześniej.

Na koniec każdy wychodzi ze swoim cebularzem.

Jedzonko.

Pierwszy posiłek w Lublinie zjedliśmy w Mandragorze, co powoli staje się tradycją.

Teraz wizyta w tej restauracji jest o tyle ciekawsza, że na piętrze można zwiedzać salę, w której kręcono zdjęcia do filmu A Real Pain.

Jak można wyczytać w folderze, który kelnerzy przynoszą razem z menu, bohaterowie filmu odwiedzali restaurację zarówno zawodowo, jak i prywatnie.

Wypisane są również potrawy, których próbowali. Fajnie.

Szkoda tylko, że nie poszliśmy na zwiedzanie od razu, gdyż po posiłku o tym zapomnieliśmy. No nic, jest to coś do zrobienia przy okazji następnej wizyty.

Oba śniadania zjedliśmy w sieciówce Manekin, w której byłam pierwszy raz, ale była to miłość od pierwszego kęsa. Mają naprawdę super ofertę, bardzo atrakcyjne ceny, a jedzenie jest przepyszne. Szkoda, że Kraków nie jest jednym z miast, w których mają restauracje. No cóż, może kiedyś się to zmieni.

Podsumowanie.

W Lublinie postanowiliśmy wypróbować czegoś nowego, a mianowicie zamiast jednego małego dziecka, w podróż zabraliśmy dwoje małych dzieci! I psa! Cóż mogło pójść nie tak?

Żartuję, wyjazd był super. Dziewczyny bawiły się świetnie, a dorośli wcale nie umęczyli się jakoś szczególnie. Wręcz przeciwnie, był to dość relaksacyjny wyjazd, godny powtórzenia.

Natomiast Carnaval Sztukmistrzów w Lublinie to rewelacyjne wydarzenie!

Napisane przez

Małgorzata Kluch

Cześć! Tutaj Gosia i Kasper. Blog wysrodkowani.pl jest poświęcony podróżom i życiu w Chinach. Po pięciu latach spędzonych w Azji i eksploracji tamtej części świata, jesteśmy z powrotem w Europie, odkrywając nasz kontynent.