Camino Primitivo, Hiszpania.

Za nami kolejne camino! Dla mnie było to już czwarte, po Camino Frances, del Norte i Portugues da Costa, a dla Kaspra drugie.

Na szlak jakubowy wróciliśmy po 6 latach, co jest ciekawe, gdyż między moim drugim, a trzecim camino też minęło 6 lat. Widać jest określony czas jaki mogę wytrzymać pomiędzy kolejnymi pielgrzymkami, a gdy nadchodzi, to nie mam wyboru, jak tylko ruszyć w drogę.

Rzeczywiście, bardzo już mnie ciągnęło na camino i naprawdę nie mogłam się go doczekać. Teraz ta potrzeba została zaspokojona i myślę, że minie kilka kolejnych lat zanim ponownie wybiorę się na spacer do Santiago (zwłaszcza, że najbardziej marzy mi się trasa Via de la Plata, na którą potrzebuję mnóstwo czasu).

Niestety podczas tej pielgrzymki doświadczyłam też pewnego rodzaju reality check’u i camino w mojej głowie nieco się odczarowało. Dalej uważam je za cudowne doświadczenie, ale wydaje mi się, że teraz trzeba znacznie więcej wysiłku i poświęcenia, jeśli chce się doświadczyć tego, co ja doświadczyłam na swoich dwóch pierwszych drogach (w 2012 i 2013 r.).

Wtedy wystarczyło na camino wyruszyć, nie zważając na nic. Teraz camino jest skomercjalizowane do tego stopnia, że znacznie trudniej zrozumieć jego istotę i odnaleźć to, po co się przyszło.

Wybór drogi.

Camino Primitivo było dla mnie naturalnym wyborem zważywszy na to, że wcześniej przeszłam już Camino Frances, del Norte i Portugues da Costa.

W sumie planowałam tę drogę od dawna. Po zakończeniu naszego ostatniego camino, lot powrotny mieliśmy z Oviedo i udało nam się wtedy troszkę pozwiedzać miasto, w tym katedrę. Nawet pisałam później na blogu, że to prawdopodobnie w tym miejscu będziemy zaczynać nasze kolejne camino i faktycznie tak też się stało.

Poziom trudności.

Camino Primitivo ma opinię najtrudniejszego camino i rzeczywiście tak jest. Trudność polega na przewyższeniach, których jest sporo, zwłaszcza podczas kilku pierwszych dni. Nie ma jednak nic technicznego, więc szlak jest do przejścia praktycznie dla każdego.

My jak zwykle nie przygotowywaliśmy się specjalnie, ale ja chodzę trochę po górach, trochę też ćwiczę i od niedawna znów uprawiam jogę. Nie jest więc tak, że nie mam żadnej formy.

Niefortunne było to, że jak wspomniałam powyżej, najwięcej przewyższeń jest właśnie na początku, a dla mnie pierwsze dni na szlaku zawsze są ciężkie. Dni 2 – 4 to czas kiedy moje nogi zaczynają zdawać sobie sprawę z tego, co je czeka, ale nie są na to gotowe. Bolą mnie wtedy bardzo, pojawiają się pęcherze i generalnie chodzi mi się słabo. Tym razem wystąpił u mnie również problem z lewym kolanem (tak po prostu, bez żadnego powodu, szłam ścieżką i nagle zaczęło boleć). Stało się to trzeciego dnia, a czwartego czekał nas najtrudniejszy odcinek szlaku, czyli Camino de los Hospitales. Rano, tuż po wyjściu z albergue, szło mi się tak źle, że miałam wątpliwości, czy w ogóle powinnam się porywać na tą trasę. Jest to w końcu kilkanaście kilometrów w górach, bez żadnego schronienia po drodze, bez ujęć wody, bez niczego. A mnie bolało kolano i to bardzo.

Na szczęście miałam maść od Włocha zapoznanego na szlaku, taśmę do obwiązania kolana, a w dodatku okazało się, że pod górę idzie mi się akurat nie najgorzej. Momentami myślałam, że wyzionę ducha, ale kolano było w miarę ok.

W każdym razie, udało się. Przeszłam te 26 km, które mieliśmy zaplanowane na ten dzień. Trochę to trwało, ale udało się!

Następnego dnia moja noga była jak nowa, ból prawie całkowicie ustąpił i zaczęłam nabierać prędkości.

Później było już tylko lepiej. W ostatnich dniach śmigałam jak kozica i żadne górki nie były mi straszne.

Niestety nie mogłam się tym zbyt długo cieszyć, gdyż szlak ma tylko 320 km.

Nasza trasa.

Maksymalnie planowałam 13 dni na Camino Primitivo, ale od początku zakładałam, że będziemy starali się przejść je w 12 dni ze względu na lot powrotny.

Na szczęście już na początku, czyli podczas kilku pierwszych dni, udało się nadrobić spory dystans, więc nie musiałam się martwić.

Ostatecznie jednak ukończyliśmy szlak w 11 dni, z powodów opisanych poniżej. Była to spontaniczna decyzja, po prostu widok chmar turystów za Melide dodał nam takiego powera, że nie byliśmy w stanie się zatrzymać.

11 dni to dokładnie tyle samo, ile zajęło nam przejście Caminho Portugues da Costa. Jest to o tyle ciekawe, że Camino Primitivo jest o 40 km dłuższe i dużo trudniejsze. Widać nie jest z nami tak źle i tempo dopisuje.

Co do etapów, to ja nigdy nie planuję poszczególnych odcinków, gdyż wiem, że różnie bywa na szlaku i nie czuję potrzeby trzymania się ścisłego planu. Wolę iść na żywioł.

Nie jest to prawdopodobnie najmądrzejsze podejście, zwłaszcza obecnie, kiedy to camino staje się mega popularne i chętnych na albergues jest dużo. Co więcej, pojawił się zwyczaj rezerwowania noclegów (na szczęście nie da się zarezerwować albergues municipal, a jedynie te prywatne), co utrudnia znalezienie miejsca w innych przybytkach.

Ja jednak trzymam się swojego. Dla mnie camino to droga, która mnie prowadzi i idę w nieznane, ciekawa tego, co się wydarzy. Z tego samego powodu nie korzystam z przewodników i zbieram tylko podstawowe informacje.

Co prawda wiedziałam o trzech albergues na początku trasy, które są podobno super i miałam nadzieję, że uda nam się w nich zatrzymać, ale nie udało się. W żadnej!

Tak więc, plany trzeba było wyrzucić do kosza. No cóż, tak bywa, niczego nie żałuję!

Ostatecznie nasza trasa wyglądała tak:

Oviedo – Grado – La Espina – Borres – Berducedo – Grandas de Salime – A Fonsagrada – O Cádavo – Lugo – As Seixas – A Calle de Ferreiros – Santiago de Compostela.

Część miejscowości, w których się zatrzymaliśmy pokrywa się z rozpiskami trasy, na jakie natknęłam się przed wyruszeniem w drogę, a część nie. Niektóre z nich to prawdziwe dziury, ale generalnie jestem zadowolona z tego jak to wszystko się poukładało.

Miasteczka i wioski na Camino Primitivo są generalnie mało imponujące i raczej nie robią większego wrażenia. Na pewno warto zatrzymać się w Lugo, gdyż to miasto jest akurat super i można tam trochę pozwiedzać i pojeść. Z innych miejscowości, to chyba najlepiej wypadają Grado, Grandas de Salime i A Fonsagrada. Gdybym drugi raz szła tym szlakiem, to na pewno zatrzymałabym się w Castroverde, które jest kilka kilometrów za O Cádavo. Zaszliśmy tam rano i bardzo nam się podobało. My w O Cádavo bardzo miło spędziliśmy czas, ale samo w sobie miasteczko jest wręcz przygnebiające.

Gdyby nie było nam tak spieszno do Santiago, to chętnie zatrzymalibyśmy się też w Ribadiso. Przechodziliśmy tamtędy przedostatniego dnia i to miejsce jawiło się niczym oaza na pustyni. Nasz kolega tam został tego dnia i był bardzo zadowolony.

Sezon letni i „turigrinos”.

Już nigdy więcej nie pójdę na camino w lecie!

Był jeden główny powód dla którego na pielgrzymkę po raz kolejny wybrałam sierpień, a mianowicie, pogoda w Galicji. Być może bezpodstawnie, ale obawiałam się, że poza letnimi miesiącami może sporo padać w tym regionie Hiszpanii. Jednocześnie wiedziałam, że nie będzie takich upałów jak w reszcie kraju.

To był błąd, którego nigdy więcej nie powtórzę.

Lipiec i sierpień to najgorsze miesiące na camino, gdyż wtedy w drogę wyruszają niewyobrażalne tłumy, w tym wszelkiego rodzaju spacerowicze.

Jeszcze będąc na Camino Primitivo miałam wrażenie, że ludzi jest naprawdę dużo. Jednak dopiero gdy nasz szlak połączył się z Camino Frances (w Melide, czyli ponad 50 km przed Santiago), zobaczyłam co to znaczy tłum na szlaku. Przeraziło mnie to niezmiernie i stało się powodem, dla którego mocno przyspieszyliśmy i w rezultacie tego dnia zrobiliśmy ponad 38 km. Dzięki temu do Santiago doszliśmy dzień szybciej niż planowaliśmy. Po prostu nie byliśmy w stanie iść w tym tłumie przez trzy dni. Była to zbyt przygnębiająca wizja.

I o ile na Camino Primitivo też spotkaliśmy osoby, które wybrały się na szlak typowo turystycznie, to po połączeniu z Camino Frances, już w ogóle ciężko było poczuć gdzie jesteśmy. Bardziej przypominało to spacer po jakimś miejskim parku. Mnóstwo osób szło jedynie z malutkimi plecaczkami, a niektórzy zupełnie bez. W barach natomiast lało się piwo i było głośno jak w sobotę wieczorem na mieście.

Oczywiście rozumiem, że nie każdy jest w stanie przejść całe camino (czy to ze względów zdrowotnych, czy też z powodu braku czasu) i nie każdy musi przeżywać je super duchowo, ale przykre jest to, że szlak staje się zwykłą atrakcją turystyczną. Kiedyś tak nie było, na camino przyjeżdżali ludzie, których coś przyciągnęło. Teraz przyciąga chyba głównie popularność tego miejsca, fakt, że tylu ludzi przeszło szlak, więc ja też muszę i fajne zdjęcia na Instagrama.

W naszej ostatniej albergue leciał nawet na ten temat program w telewizji. Pokazywali osoby bez plecaków i pojawił się termin „turigrinos”. Mówiono o tym jak tacy turyści zmieniają profil typowego pielgrzyma.

W tym miejscu przypomnę, że aby dostać Compostelę, czyli dyplom poświadczający ukończenie szlaku, wystarczy przejść 100 km, nie musi to być cały szlak, czyli tak jak w przypadku Camino Primitivo, 320 km. Większość turystów dzieli sobie te 100 km na kilka dni i korzysta z bardzo popularnego obecnie serwisu przewożenia plecaków z albergue do albergue, dzięki czemu mogą chodzić z malutkimi plecaczkami.

Albergues na szlaku.

To o czym napisałam powyżej, czyli sezon letni i duża ilość ludzi wybierających się na camino turystycznie, wpłynęło na dostępność albergues.

Jeśli ktoś idzie kilkanaście kilometrów i to bez plecaka, to oczywiste jest, że dojdzie do albergue szybciej niż ktoś taki jak my.

Wydaje mi się, że większość z tych osób robiła rezerwacje w prywatnych przybytkach, ale byli też tacy, którzy zajmowali miejsca w albergues municipal.

Dlatego ledwie załapaliśmy się na łóżka w Grado, czy też Borres, a w Berducedo na przykład nam się nie udało. I dlatego też dwa razy korzystaliśmy z możliwości zrobienia rezerwacji w prywatnych albergues (w La Espina, gdzie rezerwację zrobił dla nas hospitalero z Grado i w A Calle de Ferreiros, gdzie rezerwowaliśmy łóżka na kilka godzin przed dotarciem na miejsce).

Problemem jest też to, że niektóre albergues municipal są po prostu za małe. Kilkanaście miejsc noclegowych w dobie ogromnego zainteresowania camino, to najzwyczajniej w świecie za mało. Stanowczo za mało!

Do wyboru jest albo bieg do albergue albo wcześniejsze rezerwowanie miejsc, ale to z kolei wiąże się z dokładnym planowaniem trasy. Jak już wspomniałam, ja nie mam zwyczaju wyznaczania wszystkich noclegów z góry.

No cóż, my mamy naprawdę dobre tempo i chwalimy sobie wczesne wstawanie, więc jakoś nam się udało nie zaliczyć żadnej nocy na zewnątrz, ale kilka razy było blisko.

Co do standardu schronisk, to jest różnie. Albergues municipal na Camino Primitivo raczej nie zachwycają, zwłaszcza w Asturii. Lepiej robi się dopiero w Galicji.

To co za nimi przemawia, to atmosfera. Zazwyczaj w albergues municipal spotyka się te same osoby, jest fajnie, czasami są jakieś wspólne posiłki.

Szczególnie polecam Albergue de Peregrinos Villa de Grado, gdzie poznaliśmy cudownych hospitaleros i zjedliśmy rewelacyjne śniadanie przed wyruszeniem na kolejny etap.

Chyba najgorsza albergue, w której nocowaliśmy, to ta w Borres. Jako jedyna nie miała jednorazowych prześcieradeł i poszewek na poduszki, co obecnie jest standardem. Poza tym, trzeba do niej spory kawałek dojść, gdyż nie znajduje się bezpośrednio na szlaku.

To co najbardziej mi przeszkadza w albergues, to oczywiście duża ilość łóżek w salach, a co za tym idzie, nieprzespane noce. Zawsze znajdzie się ktoś kto chrapie i niestety wiele osób nie umie się zachować i np. imprezuje albo głośno rozmawia po 22.

Zauważyłam też, że z wiekiem coraz więcej mnie irytuje, zwłaszcza w ludziach. Gdyby nie to, że uważam albergues za nieodłączną część camino, to rozważałabym częstsze korzystanie z prywatnych noclegów.

Pogoda.

Ogólnie jestem bardzo zadowolona z pogody, jaką mieliśmy na szlaku. Generalnie było ciepło i przyjemnie. Gorąco robiło się dopiero popołudniami, kiedy my już zazwyczaj byliśmy na miejscu. Nie były to też tak drastyczne temperatury jak w większości kraju. Północ Hiszpanii ma jednak dużo znośniejszy klimat.

Niemniej, nawet 30°C lub mniej, gdy od kilku godzin idziemy z ciężkim plecakiem i to głównie pod górę i w słońcu, może dać w kość. Dlatego staraliśmy się unikać takich sytuacji i z albergue każdego ranka wychodziliśmy przed świtem.

Dwa pierwsze dni zaczęliśmy ok. 6:30, a kolejne dni zaczynaliśmy jeszcze wcześniej, między 5:30, a 6:00.

Ja bardzo cenię sobie takie wczesne wstawanie na szlak, gdyż rano łatwo utrzymać dobre tempo i zazwyczaj można zrobić spory kawałek trasy przed wschodem słońca. Przykładowo, pierwszego dnia do 11 mieliśmy już na koncie ponad 18 km.

Często bywa też tak, że na ranek przypada dużo podejść i mało widokowe trasy, więc nie szkoda krajobrazów. A w nagrodę można później oglądać wschodzące słońce z jakiejś góry albo innego urokliwego miejsca i jeść śniadanie w cudnych okolicznościach przyrody.

Podsumowując, na naszym camino było ciepło, momentami nawet bardzo. Ze względu na poranne pobudki, temperatura zazwyczaj nie doskwierała nam jednak na szlaku, co najwyżej popołudniami. Przykładowo, gdy zwiedzaliśmy Lugo, popołudniu temperatura wzrosła do 35°C.

Deszczu nie mieliśmy właściwie w ogóle. Ostatniego dnia było dość pochmurnie i przez chwilę nawet kropiło, ale deszczem bym tego nie nazwała.

Najgorszą pogodę mieliśmy w dniu, kiedy szliśmy Camino de los Hospitales. Mgła była wszędzie, przez co widoczność wynosiła zaledwie kilka metrów. Myślałam, że w końcu ustąpi, ale tak się nie stało. W rezultacie nie widzieliśmy żadnych widoków na całej długości Camino de los Hospitales.

I tak było pięknie, gdyż mgła potrafi zrobić klimat, ale centralnie nie doświadczyliśmy nawet jednego widoku z tej trasy.

Niemka poznana następnego dnia szła tą trasą innego dnia i miała zupełnie odmienną pogodę, bardzo słoneczną. Widoki zatem miała, ale podobno było tak gorąco, że umierała z pragnienia. Nie wystarczyły jej 3 litry wody, które miała ze sobą.

My zresztą też wypiliśmy tego dnia rekordową ilość wody, pomimo chłodniejszej pogody. Tam naprawdę trzeba się wyposażyć w duży zapas wody. Warto o tym pamiętać!

Hiszpanie na trasie.

Na Camino Primitivo ogromną większość pielgrzymów stanowili Hiszpanie. Dla mnie była to nowość. Na wszystkich wcześniejszych pielgrzymkach było bardzo dużo obcokrajowców, a Hiszpanie stanowili tylko mały procent.

Słyszałam coś o tym, że dużo osób ma w Hiszpanii wolne w pierwszej połowie sierpnia, ale ja wszystkie moje camino zaczynałam na początku sierpnia, więc nie bardzo widzę związek.

Tak czy inaczej, piszę o tym dlatego, że wydaje mi się, że miało to wpływ na relacje między pielgrzymami. Hiszpanie trzymali się razem, zazwyczaj w obrębie jakiejś większej grupy (wyglądało na to, że większość w ogóle przyjechała z grupą) i raczej nie zależało im na integracji z obcokrajowcami. Wielu Hiszpanów ma też bardzo słaby angielski, albo w ogóle nie mówi w tym języku, więc kontakt był utrudniony. Czuliśmy się przez to trochę odosobnieni.

Oczywiście nie jest tak, że z nikim z Hiszpanii nie nawiązaliśmy kontaktu, ale zazwyczaj ograniczało się to do krótkiej wymiany zdań, nawet bez znajomości swoich imion.

Bliżej zapoznaliśmy małą grupę, która stworzyła się na szlaku i składała się z Holenderki, Niemca, dwóch braci Włochów i Hiszpana mieszkającego od lat w Monachium. Bardzo polubiliśmy się też z pewnym Chorwatem studiującym obecnie w Sarajewie. Oprócz tego zapoznaliśmy francuskiego chirurga mieszkającego w Szwajcarii, starszego Niemca, który był kiedyś CEO jakiejś większej firmy, ciekawego, starszego pana, który jest albo Anglikiem albo Hiszpanem (słyszałam sprzeczne informacje na ten temat, a sama nie zapytałam, więc nie wiem), ale z pewnością wolnym duchem i kilka innych osób.

Plecak i zawartość.

Tym razem postarałam się, żeby mój plecak był jak najlżejszy i jestem zadowolona z rezultatu. Nie ważyłam go, wiec nie wiem ile dokładnie niosłam kilogramów, ale nie ciążył mi za bardzo. Właściwie prawie go nie czułam.

Absolutnie nie jestem specjalistką od plecaków, wiec napiszę tylko, że najważniejsze, żeby sam w sobie był lekki i miał porządne szelki i pas biodrowy.

Co do jego zawartości, to dla mnie niezbędnymi rzeczami na camino są: czołówka, lekki ręcznik, klapki, spinacze do bielizny, płyn do dezynfekcji rąk, krem do opalania, coś na głowę, płaszcz przeciwdeszczowy (aczkolwiek tym razem mi się nie przydał), igła z nitką, plastry, coś na kolana (ja miałam taśmę do obwiązywania), krem rozgrzewający na stawy (dostałam od Włocha i uratował mi życie) i podstawowe rzeczy, czyli kosmetyki i ubrania. Tym razem miałam tylko trzy koszulki, ale dałabym radę nawet z dwoma. Na nogi zakładałam legginsy, gdyż lubię mieć zakryte całe nogi (z powodu słońca i kleszczy). Ze względu na porę roku nie miałam żadnej kurtki, a jedynie jedną bluzę z kapturem i przydała się tylko raz, na Camino de los Hospitales. Jeśli chodzi o skarpetki, to pierwszy raz korzystałam z tych z wełną merino i to naprawdę jest game changer. Jestem z nich mega zadowolona i będę je teraz zawsze zakładać w góry i na dłuższe szlaki.

Buty.

Miałam ogromną zagwozdkę jeśli chodzi o buty i do końca nie mogłam się zdecydować. Rozważałam wodoodporne buty trekkingowe i buty do biegania po górach HOKA Speedgoat 5. W sumie te drugie były kupione z myślą o camino, ale byłam w nich raz w górach i jakoś nie do końca mnie usatysfakcjonowały. Ostatecznie zrobiłam coś, czego raczej nie powinno się robić przed takim szlakiem, ale w moim przypadku akurat zdało to egzamin. Mianowicie, na kilka dni przed wylotem, kupiłam w Decathlonie kolejne buty. Wybrałam takie, które są bardzo lekkie, z przyczepną podeszwą, otokiem z przodu i z tyłu i siatką od góry i po bokach. Dzięki tej siatce, cały czas miałam zapewnioną cyrkulację powietrza, co było zbawienne. Później zauważyłam też, że prawie nic mi do nich nie wpada, chociaż nie miałam stuptutów. Okazało się, że moje buty mają coś takiego jak getry (taki materiał wokół kostki) i to właśnie chroni przed wpadaniem kamyczków i piasku.

Pierwszy raz na szlaku tego typu, czyli dłuższym, nie miałam prawie w ogóle pęcherzy i ogólnie żadnych większych problemów ze stopami, w tym nawet z małymi palcami, które zawsze były moją zmorą. Uważam to za zasługę zarówno skarpetek, jak i butów.

Nikomu jednak nie polecam wyruszania na taki szlak w zupełnie nowych butach. To nie jest mądre posunięcie.

Dojazd na szlak i powrót.

Dojazd na szlak, a później również powrót, zajęły nam sporo czasu.

Loty tam i z powrotem mieliśmy z Madrytu, co wydawało się najsensowniejszą opcją ze względu na ceny biletów. Zważywszy jednak na to, że autobusy i pociągi są w Hiszpanii drogie, a przejazdy zajmują dużo czasu, to następnym razem lepiej się postaram wyszukując połączenia lotnicze. Już wolę więcej zapłacić za samolot, niż męczyć się w podróży.

Zauważyłam, że z wiekiem coraz gorzej znoszę samą podróż w dane miejsce i coraz bardziej cenię sobie wygodę.

Tak czy inaczej, do Madrytu dolecieliśmy wieczorem i czasu starczyło nam właściwie tylko na krótki wypad na jedzonko. Były urodziny Kaspra, więc chcieliśmy jakoś to uczcić i mieć coś z tego dnia, ale czasu i sił brakowało.

Na szczęście dość szybko udało się znaleźć fajną miejscówkę, gdzie zjedliśmy rewelacyjne tapas i wypiliśmy po piwku. Jedzenie było drogie, ale naprawdę znakomite i na sam początek pobytu w Hiszpanii zjedliśmy pulpo, więc byliśmy naprawdę mega zadowoleni.

Później wróciliśmy do hoteliku i padliśmy.

A pobudka była wcześnie rano, gdyż spieszyliśmy się na autobus do Oviedo.

Na stację poszliśmy na nogach, gdyż chcieliśmy chociaż popatrzeć na stolicę, której nie udało nam się zwiedzić (pierwszy raz byliśmy w Madrycie).

Do Oviedo dojechaliśmy popołudniu, jakoś ok. 15. Poszliśmy do katedry, aby kupić paszporty pielgrzyma, a następnie zakwaterowaliśmy się w albergue. Później mieliśmy czas, żeby pochodzić trochę po mieście i zjeść.

Na szlak wyruszyliśmy rano następnego dnia, czyli od wylotu minęło półtora dnia. Sporo!

Nasz powrót wyglądał podobnie, a właściwe nawet gorzej.

Autobusem z Santiago de Compostela do Madrytu jechaliśmy w nocy. Na miejscu byliśmy rano i mieliśmy cały dzień w Madrycie, gdyż lot powrotny był dopiero o 20:20 (w dodatku opóźnił się o godzinę). Co gorsza, wracaliśmy do Katowic, więc jeszcze musieliśmy dojechać do Krakowa. Na szczęście był nocny transfer busem, na który wykupiliśmy miejsca z wyprzedzeniem, ale jechaliśmy ze świrem, który nie zwalniał nawet na największych zakrętach i bałam się, że nie dotrzemy do domu w jednym kawałku. Na koniec czekała nas jeszcze taksówka. W domu byliśmy ok. 2:30 w nocy, czyli cały powrót z Santiago do domu też trwał grubo ponad dobę!

Jak zwykle mieliśmy jednak dużo szczęścia, gdyż jak się okazało, mogło być gorzej. Do Hiszpanii lecieliśmy Ryanair, ale wracaliśmy Wizz Air, co okazało się zbawienne. Mianowicie, akurat w ten weekend kiedy wracaliśmy obsługa naziemna Ryanair zaczęła strajki i faktycznie widzieliśmy na tablicy odlotów, że ich loty były opóźnione.

Kupując bilety na autobus z Santiago do Madrytu też uniknęliśmy problemów, gdyż pociągi zostały wstrzymane ze względu na pożary. Nie wiem czy udałoby nam się dojechać do Madrytu na czas, gdybyśmy nagle musieli zmieniać opcję dojazdu.

Co do pożarów, to szalały w Galicji, ale akurat nie tam, gdzie my byliśmy, co też uważam za ogromne szczęście. Po powrocie czytałam, że niektóre fragmenty szlaków zostały zamknięte, m.in. na Camino Frances.

Nie wiem dlaczego mamy tyle szczęścia, ale mamy. Oby trwało jak najdłużej.

Ogólne wrażenia.

Zmęczyłam się na tym camino. Nie mogę powiedzieć, że nie.

Nie mogę też powiedzieć, że ta droga to sama przyjemność. Wręcz przeciwnie, podejścia męczą, a nie zawsze są nagradzane pięknymi widokami. Kilka odcinków jest naprawdę słabych jeśli chodzi o krajobrazy.

Trzy pierwsze dni były pod tym względem spoko, a dni 4 – 6 były przepiękne. Później było niestety gorzej, a po Lugo to już w ogóle. Z tego powodu nie sądzę, abym jeszcze kiedyś wróciła na Camino Primitivo. Poprzednie pielgrzymki dały mi jednak dużo więcej radości z samej drogi.

Tak jak wspomniałam powyżej, miasteczka i wioski też nie były jakoś szczególnie urodziwe. Zazwyczaj nie było w nich nic do zobaczenia poza kościołami. Wiedząc co Hiszpania ma do zaoferowania i znając wiele innych miejsc w tym kraju, nie potrafiłam się nimi zachwycać.

Absolutnie nie żałuję, że wybrałam się na Camino Primitivo i bardzo cenię sobie każdy kilometr i każdą myśl w mojej głowie, która im towarzyszyła. Z pewnością nie było to jednak moje najwspanialsze camino.

Ten tytuł chyba już zawsze będzie należał do Camino Frances, czyli mojej pierwszej drogi.

Napisane przez

Małgorzata Kluch

Cześć! Tutaj Gosia i Kasper. Blog wysrodkowani.pl jest poświęcony podróżom i życiu w Chinach. Po pięciu latach spędzonych w Azji i eksploracji tamtej części świata, jesteśmy z powrotem w Europie, odkrywając nasz kontynent.