Camino Primitivo, Hiszpania.

Dojazd do Oviedo.

Jak już wspomniałam w poprzednim wpisie, do Oviedo przyjechaliśmy autobusem z Madrytu.

Podróż trwała prawie 6 godzin, ale minęła spokojnie, bez większych wrażeń, za to z ładnymi widokami. Najpierw, przez kilka godzin, rozciągały się przed nami pustkowia i dość jednostajny krajobraz, czasami przerywany przez jakieś miasteczko. Trochę później zaczęły się górskie tereny. W niektórych miejscach, ogromne skały wspinały się bardzo wysoko ponad drogę, co było dość niesamowite. Mijaliśmy też przepiękne jezioro otoczone górami.

W pewnym momencie wjechaliśmy do tunelu, a gdy go opuściliśmy z drugiej strony, trafiliśmy w całkowicie odmienny krajobraz. Od tej pory wszystko było inne: roślinność soczyście zielona, ciemne niebo, brak słońca. Było to naprawdę niesamowite. Tak jakbyśmy teleportowali się w zupełnie inne miejsce, albo do innego kraju, a w rzeczywistości przejechaliśmy jedynie przez tunel!

Gdy wysiedliśmy w Oviedo, moja aplikacja pogodowa pokazywała zaledwie 20°, co było bardzo przyjemną temperaturą.

Bardzo szybko zaczęliśmy rozpoznawać miasto i cieszyłam się, że ponownie zawitaliśmy do Oviedo. Tak jak już wspominałam, przewidziałam, że nasze kolejne camino rozpoczniemy właśnie w tym mieście i bardzo cieszyłam się, że plan udało się zrealizować.

Popołudnie i wieczór w Oviedo.

W pierwszej kolejności udaliśmy się do katedry i zaopatrzyliśmy się w paszporty pielgrzyma (credential del peregrino). Była to rozsądna decyzja i warto o tym pamiętać, zwłaszcza jeśli ktoś planuje wyruszyć w drogę następnego dnia rano, przed otwarciem katedry.

Katedrę można oczywiście zwiedzać, ale jako że my dość intensywnie zwiedziliśmy ją podczas poprzedniej wizyty, to tym razem odpuściliśmy.

W sumie zakładałam, że uda się zobaczyć kilka innych miejsc w Oviedo, ale zabrakło sił i chęci. Powłóczyliśmy się jedynie po centrum, jednak nieco później. Po zdobyciu paszportów poszliśmy bowiem prosto do albergue.

Albergue de Peregrinos El Salvador w Oviedo mieści się w ogromnym budynku, nieco mrocznym, przypominającym bardziej więzienie, niż schronienie dla pielgrzymów. Fasada jest ciemna, trochę złowroga, ale warunki w środku bardzo przystępne.

Niestety meldowanie trwało całe wieki. Naprawdę, było niewyobrażalnie czasochłonne.

Na szczęście opłaciło się poczekać, gdyż jak się okazało, w albergue jest dużo pokoi, w każdym zaledwie kilka łóżek. Dość luksusowo jak na albergue.

Przed budynkiem byliśmy jeszcze przed otwarciem, a na miejscu było już całkiem sporo osób. Była tam m.in. Mara, Holenderka, którą później zapoznaliśmy bliżej i z którą spędziliśmy mnóstwo czasu na tym camino. Ona w przeciwieństwie do nas, miała już wtedy za sobą wiele dni wędrówki.

Pod wieczór ruszyliśmy na miasto i szybko okazało się, że trafiliśmy na jakieś uroczystości, gdyż uliczkami chodzili przyodziani w tradycyjne stroje muzycy, grający regionalną muzykę. Jednym z instrumentów były oczywiście dudy, które widziałam w Hiszpanii nie po raz pierwszy.

Zaszliśmy też do jednego z kościołów – San Isidoro el Real, który był bardzo ładny, zarówno z zewnątrz, jak i wewnątrz.

Oprócz tego natknęliśmy się na kilka ciekawych pomników.

Jakoś w między czasie zaszliśmy do jednej z restauracji – La Cabana, i zjedliśmy pyszny posiłek. Cydr w Asturii jest bardzo popularnym napojem, dostępnym chyba w każdej restauracji, w dodatku w bardzo przystępnych cenach. W tej restauracji cała butelka kosztowała 4 euro.

Jeśli chodzi o potrawy, to zamówiliśmy Chorizo a la sidra, czyli plastry chorizo w sosie, z dodatkiem ziemniaka oraz Huevos rotos con Pulpo, czyli tak jakby jajecznicę z ośmiornicą. To drugie danie było dla mnie nowością. Nigdy wcześniej nie natknęłam się na coś chociażby podobnego.

Oviedo – Grado (27.3 km, 6h), 03.08.2025.

Z albergue wyszliśmy o 6:35 i od razu dziarsko ruszyliśmy do przodu, co od razu zostało zauważone przez dwóch kolesi. Powiedziałam im, że mamy energię, bo to dopiero nasz pierwszy dzień, a oni na to, że dla nich to też jest pierwszy dzień.

Także coś śmiesznego na początek dnia.

Swoją drogą, wydaje mi się, że nigdy więcej ich nie widzieliśmy.

Tuż za katedrą stoi słupek wskazujący 323 km do Santiago. W pobliżu jest też wmurowana w posadzkę tablica z rozwidleniem. Można ruszyć na Camino del Norte albo na Camino Primitivo, gdzie poszliśmy my.

Przez miasto szło się dobrze i przyjemnie, ale musieliśmy wspierać się aplikacją, gdyż łatwo było pogubić znaki.

Niestety o tej porze wszystko było zamknięte, więc nie udało nam się znaleźć żadnego baru i nic zjeść ani się napić.

Oczywiście nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy, że do pierwszego baru mamy 18 km!

Tuż za miastem zaczęły się wiejskie tereny i ładne krajobrazy. Było trochę lasu, była też brukowana droga, która wyglądała na bardzo starą, jakby rzymską. Zbudowano ją z kocich łbów, ale bardzo regularnych.

Część trasy wiodła przez odsłonięty teren, ale przyjemną ścieżką, bezpieczną. Oczywiście było trochę wspinaczki pod górę, ale nie jakoś szczególnie męczącej. Zdarzały się strome podejścia, jednak było ich na tyle mało, że dało się przeżyć.

W pewnym momencie uznaliśmy, że musimy się gdzieś zatrzymać na śniadanie (dzień wcześniej zrobiliśmy zakupy spożywcze) i jak tylko nadarzyła się okazja, to z niej skorzystaliśmy.

Trafiliśmy wprost cudownie!

Nagle przed naszymi oczami pojawiła się śliczna kapliczka, a tuż obok niej stoły piknikowe. Co więcej, rozciągał się stamtąd bardzo ładny widok. Wprost idealne, wymarzone miejsce na pierwsze śniadanie na camino.

A do jedzenia mieliśmy suche kiełbaski, ciastka, orzechy i suszone mango. Trochę kalorii więc weszło i była siła żeby iść dalej.

Gdy mieliśmy za sobą 18 km wędrówki, natrafiliśmy na pierwszy bar. Widok baru na camino, zwłaszcza na bardziej odludnych odcinkach, to zawsze spełnienie małego marzenia i wielka radość.

Dla mnie cafe con leche to nieodłączna część drogi oraz swoiste paliwo. Nie ma porównania jeśli chodzi o jakość chodzenia przed i po kawie. Naprawdę!

W każdym razie, ten bar był też bardzo dobry i wyjątkowo urokliwy, gdyż o ile dobrze pamiętam, mieścił się w dawnym spichlerzu. Pracowała w nim przemiła pani i poza kawą serwowała też tortillę! Tortilla to kolejny bardzo pożądany produkt na camino, ale często zdarza się, że nie jest dostępny z rana. Tym razem był!

Co więcej, za dwie kawy i dwie niemałe porcje tortilli zapłaciliśmy zaledwie 7 euro! No po prostu bajka!

W barze dosiadła się do nas Eva z Węgier, zapoznana dosłownie chwilę wcześniej. Jak się okazało, niedługo przed wyruszeniem na camino miała operację na kolano i dlatego szła bardzo powoli.

Do Grado doszliśmy ok. 12:40 i od razu udaliśmy się pod albergue. Na miejscu była już spora kolejka i my byliśmy osobami 11 i 12, a jak się okazało, miejsc było zaledwie 16.

Tak więc niewiele brakowało, co jest ciekawe, gdyż czas mieliśmy przecież znakomity, a idąc, raczej mijaliśmy innych wędrowców niż zostawaliśmy w tyle.

W każdym razie, albergue otwierano dopiero o 14, więc mieliśmy czas zapoznać osoby z kolejki.

Pogadaliśmy sobie z Celią z Alicante i Chung z Hong Kongu, na którą zwróciliśmy uwagę już podczas wędrówki. Otóż jest to starsza, bardzo drobna pani, a tempo, jak zauważyliśmy na szlaku, miała świetne.

Okazało się, że Chung nie jest typową turystką i nie lubi zwiedzania. Cieszy ją chodzenie, więc właśnie tak spędza wolny czas, a jako że dostała wizę na 3 miesiące, to postanowiła wykorzystać ją w całości właśnie na wędrówki.

Najpierw przeszła Camino Frances z San Jean Pied de Port, a następnie udała się do Fisterry. Później wróciła do Leon, skąd poszła do Oviedo, a teraz właśnie pokonywała Camino Primitivo. W Grado ukończyła 65 dzień wędrówki!

Muszę przyznać, że na starość chcę być jak Chung. That’s the spirit!

Gdy wreszcie otwarto albergue, zacząła się bardzo powolna rejestracja pielgrzymów. Dwaj hospitaleros (Hiszpan Ricardo i Anglik James, wolontariusz), wszystko dokładnie tłumaczyli każdemu z osobna i oprowadzali po budynku.

Wcześniej można było zeskanować kod QR, który był na drzwiach i wprowadzić swoje dane na telefonie, ale mnie on nie działał. Swoją drogą, niezły przejaw nowoczesności na camino. Kiedyś tego nie było.

Co do samej albergue, to Albergue de Peregrinos Villa de Grado należy raczej do tych skromniejszych, ale też zdecydowanie najfajniejszych. I to nie tylko na Camino Primitivo.

Wszystkie łóżka są w jednej sali, co w przypadku, gdy znajdzie się chrapiący gagatek, jest zgubne. Tej nocy, gdy my tam byliśmy, oczywiście znalazł się taki jeden i bardzo skutecznie uprzykrzył noc wszystkim pozostałym. Ja nie zmrużyłam oka i myślałam, że nie wytrzymam tego psychicznie. Była to zdecydowanie jedna z najgorszych nocy na camino w moim życiu. Koleś był po prostu nie do wytrzymania i nic na niego nie działało.

Co do pozostałych pomieszczeń w albergue, to łazienki, kuchnia i pralnia też były bardzo skromne. Piorąc ubrania trzeba było używać tarki.

Ale to nie takie kwestie świadczą o wyjątkowości albergue. W Grado było super, bo ludzie byli super.

Obaj hospitaleros byli po prostu do rany przyłóż. Cudowni ludzie. Cały wolny czas spędzili rozmawiając z pielgrzymami i pomagając na różne sposoby.

Ricardo zrobił nam nawet rezerwację noclegu na następny dzień. W sumie to wręcz nas do tego zachęcił, bo my jak zwykle nie zaprzątaliśmy sobie głowy takimi sprawami jak następny nocleg.

Okazało się jednak, że na kolejnym etapie są problemy z albergue i lepiej się zabezpieczyć.

My myśleliśmy, że może uda nam się zatrzymać w miejscowości Bodenaya, ale jak napisaliśmy do tamtejszej albergue na WhatsAppie, to nam odpisali, że u nich trzeba robić rezerwacje z miesięcznym wyprzedzeniem. Także no … skończyliśmy z rezerwacją w prywatnej albergue w La Espina.

Co do albergue w Grado, to przez cały dzień zachodzili ludzie (w tym Eva) z nadzieją na nocleg i byli odsyłani dalej ze względu na brak miejsc (nie było też miejsc w prywatnej albergue nieopodal, gdzie trzeba robić rezerwacje z wyprzedzeniem).

Przyjęty został dopiero ostatni wędrowiec, który przyszedł już chyba po ciemku i wiadomo było, że nie ma dla niego innego ratunku.

Dostał miejsce na podłodze w pokoju socjalnym, które jak się wkrótce okazało, było tej nocy najlepszą miejscówką w całym budynku. Jako jedyny nie musiał słuchać chrapania.

Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, ale to był Angel, Hiszpan mieszkający w Monachium, z którym spędziliśmy później mnóstwo czasu w innych miasteczkach i innych albergues.

W Grado pierwszy raz widzieliśmy też dwóch braci Włochów, których też później zapoznaliśmy bliżej.

Co do Grado, to jest to całkiem przyjemne miasteczko, z ładną, ale raczej niezachwycającą architekturą. Natomiast podczas naszej wizyty, do zwiedzania nie było absolutnie nic, gdyż nawet kościół był zamknięty. Pozostawał spacer uliczkami i podziwianie nadszarpniętych zębem czasu fasad budynków.

My skoncentrowaliśmy się na jedzeniu, które w Grado było w znakomitych cenach. Za obiad, oczywiście z cydrem, zapłaciliśmy 16 euro. Natomiast dwie kawy i dwa ciastka, w kawiarni na placyku pod kościołem, kosztowały niecałe 7 euro. Bajka!

Grado – La Espina (32.8 km, 9.25h), 04.08.2025.

Po nocy z piekła rodem, wczesna pobudka była niczym wybawienie.

Zwłaszcza, że niedługo później okazało się, że śniadanie, jakie serwuje albergue w Grado jest najlepszym śniadaniem, jakie kiedykolwiek jadłam na jakimkolwiek camino.

Nie wiem czy na Camino Frances dostałam kiedyś w albergue coś więcej niż chleb z dżemem i herbatę o poranku (nie żebym narzekała).

A tutaj było dosłownie wszystko: pieczywo, szynka, ser, gotowane jajka, jogurty, owoce, dżem, ciasteczka, soki, kawusia.

W ogóle jak zeszliśmy rano, to talerze były już rozłożone, a James wykładał w kuchni jedzenie. Było to wszystko mega miłe. Zwłaszcza, że kompletnie się tego nie spodziewaliśmy.

Wychodząc z Grado widzieliśmy otwarty bar, ale jako że byliśmy świeżo po śniadaniu, to odpuściliśmy. Oczywiście z ciężkim sercem, gdyż bar na camino to skarb.

Niedługo później zapoznaliśmy Angela, gdyż miał problem ze znalezieniem znaków. Przy okazji przeszliśmy wspólnie kawałek i pogadaliśmy o polityce. Było bardzo przyjemnie.

Na początku szło się generalnie dobrze, wkrótce zaczęły się też bardzo ładne widoki. Moje nogi były jednak w średniej formie, gdyż miałam pęcherze na piętach.

Pierwszy postój w barze mieliśmy w miejscowości Cornellana, gdzie siedzieliśmy przy stoliku z nowo zapoznaną parą młodych Hiszpanów z Barcelony. Wiedzieliśmy, że więcej ich nie zobaczymy, gdyż kończyli wędrówkę w Salas, czyli dosłownie kawałek dalej.

W tym samym barze była też Eva i ją też widzieliśmy wtedy ostatni raz.

Do Salas jeszcze jakoś doczłapałam, ale gdy weszliśmy do supermarketu w miasteczku, to nogi zaczęły odmawiać mi posłuszeństwa. Zostawiłam Kaspra w kolejce i wyszłam na zewnątrz odpoczywać.

Moje nogi miały naprawdę dość, co jak dla mnie jest bardzo typowe na tym etapie wędrówki. Dni 2 – 4 zawsze są najgorsze.

Aby lepiej zregenerować siły, również w Salas wybraliśmy się do baru, tym razem na dłuższy odpoczynek. Znaleźliśmy fajny bar z ogródkiem na tyłach, w cieniu, bez innych klientów i spędziliśmy tam sporo czasu.

Kiedyś jednak trzeba było się zebrać w sobie i ruszyć dalej. Wiedzieliśmy, że za Salas czekają nas podejścia i oczywiście nie spieszyło nam się do nich. Innej rady jednak nie było.

Na szczęście teren za Salas był mocno zalesiony, a podejścia co prawda były, ale okazały się mniej mordercze, niż myśleliśmy. Właściwie to z moimi uszkodzonymi nogami, to nawet lepiej szło mi się pod górę niż po płaskim.

Napotkaliśmy tam też pewnego ciekawego Chińczyka, artystę i podróżnika. Wywiązała się z tego interesująca rozmowa.

Niestety następny etap szlaku prowadził przez odsłonięty teren, więc zarówno ogólne zmęczenie, jak i słońce zaczęły nam dość mocno doskwierać. Strasznie nam się też dłużyło.

W pewnym momencie natrafiliśmy na mały kościółek (Iglesia de Santa Marína), który był otwarty i zrobiliśmy sobie w nim postój. Pozwoliło nam to trochę dojść do siebie i ochłonąć.

Niestety stamtąd wciąż mieliśmy przed sobą kawał drogi. Szliśmy, szliśmy i końca nie było.

W końcu natrafiliśmy na albergue w Bodenaya, ale stamtąd do La Espina wciąż był ponad kilometr.

Do albergue Casa Aladino w La Espina doczołgaliśmy się dosłownie ostatkami sił. Nie wiem czy byłabym w stanie przejść chociażby 100 m więcej.

Na miejscu znów nie działał mi kod QR, ale babka była przemiła i wszystko sama ogarnęła. Okazało się, że ma synową Polkę, też Małgorzatę, więc cały czas mówiła jak to się cieszy i próbowała mnie obejmować.

Albergue była bardzo czysta, schludna i dobrze ją wspominam. Prysznic, który tam wzięłam, był wyśmienity!

La Espina nie jest zbyt dużą miejscowością, ale udało nam się znaleźć coś do jedzenia.

Natomiast jeśli chodzi o jakiekolwiek walory turystyczne, to niestety takowych tam nie ma.

W albergue zapoznaliśmy trzy Polki w średnim wieku, które miały bardzo odmienne podejście do camino niż my.

Ja nikomu nie mówię jak ma pielgrzymować i tego samego oczekuję od innych, więc było to mega irytujące wysłuchiwać, jak to bez sensu jest wcześnie wstawać i w ogóle zbyt dużo chodzić. Przecież one jak są zmęczone, to sobie podjeżdżają, bo po co im taki wysiłek. Po tych wakacjach wracają do pracy, to przecież muszą mieć siłę, a nie padać z nóg.

Najgorsze było to, że my nie próbowaliśmy z nimi dyskutować, a one były jakoś tak agresywnie (być może jest to zbyt mocne słowo, ale nie znajduję innego) nastawione, jakby koniecznie chciały nas przekonać, że na camino powinno się chodzić tak jak one.

No cóż, więcej się na szczęście nie spotkaliśmy.

Co do nocy w tej albergue, to niestety również nie należała do najlepszych.

W naszym pokoju było 8 łóżek, ale dołożono jeszcze dwa materace na podłodze dla dwóch osób, które przyszły, gdy światła były już zgaszone.

Oczywiście nie były to osoby umiejące się zachować i pomimo tego, że widzieli przecież, że wszyscy próbują spać, to gadali sobie w najlepsze, a baba siedziała jeszcze później długo na telefonie, który świecił mi prosto w twarz.

Ludzie są naprawdę mega wkurzający.

Kiedyś tak nie było. Nie pamiętam żadnych tego typu sytuacji z moich pierwszych camino. Wtedy wszyscy szanowali zasady i starali się jak najlepiej zachowywać. Myślę, że jest to powiązane właśnie z tym, że kiedyś na camino przyjeżdżały osoby z inną motywacją.

La Espina – Borres (28.3 km, 7.25h), 05.08.2025.

Wstaliśmy bardzo wcześnie, bo ok. 5 rano i wyszliśmy o 5:30.

Ogólnie było bardzo przyjemnie, gdyż szło się we mgle. Myślę, że w nocy padał deszcz, gdyż przy podmuchach wiatru, z liści spadała woda. Dzięki temu było tak fajnie, rześko.

Niestety mimo wczesnego startu i sprzyjających warunków pogodowych, nie szło mi się zbyt dobrze. Moje nogi były słabe, a ścieżka wiodąca w górę i w dół, w dodatku po kamieniach, nie pomagała.

Do pierwszej miejscowości – Tineo, mieliśmy ok. 11 km. Niby niedużo, ale przy słabej formie nawet taki mały dystans może zmęczyć.

Gdy okazało się, że szlak nie prowadzi przez miasteczko, tylko nad nim (szło się bardzo wygodną i widokową ścieżką), zmartwiłam się, że w związku z tym nie będzie żadnego baru. Na szczęście był!

W pewnym momencie trafiliśmy na urokliwą uliczkę wśród starego budownictwa i w jednym z domków był właśnie bar. Czym prędzej zamówiliśmy dwie kawusie i po croissancie, gdyż nic innego do jedzenia niestety nie było.

Siedzieliśmy na zewnątrz, w naprawdę ładnej scenerii. Uwielbiam takie miejsca, wprost na uliczce, w centrum życia mieszkańców. O tej porze oczywiście nikogo nie było, ale jednak.

Dalej trasa była naprawdę spoko. Nie było zbyt dużo podejść ani zejść.

Niestety w pewnym momencie zaczęłam mieć problem z kolanem. Nie pamiętam kiedy dokładnie się to stało, chyba jeszcze przed Tineo, ale idąc najnormalniej w świecie, płaską ścieżką, nagle poczułam ból w lewym kolanie. Nie potknęłam się, nie wykręciłam nogi, nie stało się absolutnie nic nadzwyczajnego. Po prostu przy jednym z kroków poczułam, że coś jest nie tak.

Na szczęście mieliśmy taśmę do obwiązywania kolana, która sprawdziła się i w dużej mierze ułatwiła mi dalszą wędrówkę.

W pewnym momencie, gdy robiliśmy sobie przerwę w lesie, nadeszła cała ekipa naszych nowych znajomych, czyli Mara, Angel, Włosi i Niemiec. Chwilę pogadaliśmy, ale oni mieli znakomite tempo i szybko zniknęli z naszego pola widzenia.

Spotkaliśmy ich dopiero w Borres, w barze, w którym odbywała się rejestracja do albergue.

Warto mieć na uwadze, że w Borres właśnie nie idzie się prosto do albergue, tylko do baru. Albergue w ogóle nie jest na szlaku i trzeba do niej dojść spory kawałek, więc byłaby to ogromna strata czasu udać się tam w pierwszej kolejności.

Niedługo przed Borres są co prawda informujące o tym znaki (w miejscu, gdzie natknęliśmy się na ogromne błoto), ale myślę, że warto wiedzieć wcześniej.

Swoją drogą, albergue w Borres (Albergue Santa Maria de Borres) była zdecydowanie najgorszą albergue na całym Camino Primitivo, więc drugi raz bym się tam nie zatrzymała.

Tuż przy barze jest prywatna albergue, w której zatrzymali się Włosi i byli zadowoleni. Oczywiście trzeba ja rezerwować wcześniej.

W każdym razie, gdyby nie to, że Włosi mieli tą rezerwację, to nie załapalibyśmy się do albergue municipal. Dostaliśmy dwa ostatnie miejsca: 19 i 20.

W barze bowiem, poza naszymi znajomymi, była spora grupa Hiszpanów, chyba zorganizowana i to oni zgarnęli większość miejsc. Byli też pielgrzymi robiący króciutkie odcinki.

Tak więc, mieliśmy sporo szczęścia, gdyż innego noclegu w okolicy nie było, a na dalszą wędrówkę nie mieliśmy sił. Nie mówiąc już o tym, że niedaleko za Borres zaczyna się Camino de los Hospitales, więc oczywiście nie mogło być mowy o robieniu tego odcinka po przejściu blisko 30 km.

Jak już wspomniałam, albergue było kiepskie. Nie dostaliśmy nawet jednorazowych poszewek na poduszki i prześcieradeł. Łóżka były bardzo blisko siebie i oczywiście wylądowaliśmy na górnych pryczach. Tyle dobrze, że koło siebie.

Na zewnątrz było mało ławek do siedzenia i mało cienia, więc miałam problem, żeby znaleźć sobie miejsce.

Ostatecznie wylądowałam na szorstkiej trawie pod krzakiem, w pobliżu małżeństwa Rosjan gotującego obiad.

Ucięłam sobie w nimi pogawędkę. Okazało się, że mieszkają w jednym z krajów bałtyckich, ale dużo podróżują po Europie, gdyż on tworzy teatrzyki z figurkami (sam je buduje) i ma taki jakby obwoźny biznes. Bardzo ciekawe.

Nigdy więcej ich nie spotkałam, gdyż razem ze swoim kilkunastoletnim synem, robią camino bardzo powoli, krótkimi odcinkami.

Pod wieczór wybraliśmy się do baru z całą naszą ekipą i bardzo przyjemnie spędziliśmy czas. Fajni ludzie nam się trafili na tym szlaku.

Jeden z Włochów obdarował mnie też kremem rozgrzewającym na kolano, który bardzo mi pomógł.

Noc, o dziwo, minęła mi bardzo dobrze. Chyba nawet się wyspałam. Może byłam po prostu tak zmęczona, że już nic mi nie przeszkadzało.

Napisane przez

Małgorzata Kluch

Cześć! Tutaj Gosia i Kasper. Blog wysrodkowani.pl jest poświęcony podróżom i życiu w Chinach. Po pięciu latach spędzonych w Azji i eksploracji tamtej części świata, jesteśmy z powrotem w Europie, odkrywając nasz kontynent.