
Za nami kolejny pobyt nad Bałtykiem, już czwarty odkąd Zojka jest na świecie. Tym razem padło na Krynicę Morską, w której byliśmy pierwszy raz. Podobnie jak i na Mierzei Wiślanej.
Szczerze mówiąc, jestem bardzo pozytywnie zaskoczona tym miejscem. Może nie samą Krynicą, która jest typowym bałtyckim kurortem, ale okolicą, która jest bardzo ciekawa, pełna perełek i dość nietypowych atrakcji.
Nie sądzę abyśmy w najbliższym czasie wybrali się tam ponownie, ale kiedyś na pewno. Do domu wróciliśmy z bardzo fajnymi doświadczeniami i wspomnieniami i mogę spokojnie zaliczyć Krynicę Morską do przyjemnych miejsc nad Bałtykiem i zdecydowanie wartych odwiedzin.
Dojazd.
Jak zwykle zdecydowaliśmy się na podróż pociągiem, która minęła dość szybko. Pendolino z Krakowa do Gdańska to naprawdę fajna i wygodna opcja.
Trochę gorzej było z autobusem do Krynicy Morskiej (numer 870, odjeżdża z dworca autobusowego), który jedzie dłużej niż można by się spodziewać i niestety nie ma zbyt wielu kursów.
Co więcej, przeżyliśmy szok widząc dworzec autobusowy w Gdańsku. Szczerze, to myślałam, że takie widoki przeszły już do historii w Polsce, a przynajmniej w miastach i to w dodatku tak turystycznych. Okazuje się, że nie. Dworzec autobusowy w Gdańsku wygląda jak z kraju trzeciego świata. Jest tak niesamowicie brudny, obskurny i przygnębiający, że szczerze współczuję każdemu, kto musi tam bywać regularnie. Nie mówiąc już o takich drobiazgach jak to, że w kasie nie można nawet płacić kartą.
Mówiąc krótko, na dworcu autobusowym w Gdańsku czas zatrzymał się jakieś 50 lat temu i chyba właśnie wtedy ostatnio tam sprzątano.
Nocleg i wyżywienie.
Ostatnimi czasy, przy tego typu wyjazdach, dbamy, aby mieć w pełni wyposażoną kuchnię i dlatego po raz kolejny zdecydowaliśmy się na apartament.
Trafiliśmy znakomicie, gdyż mieliśmy do dyspozycji bardzo duże mieszkanie z osobną sypialnią i bardzo funkcjonalną kuchnią (air fryer na wyposażeniu).
Przy małym dziecku jest to naprawdę ważne, żeby zawsze mieć zapas jedzenia, gdyż Zojka często nie je zbyt wiele podczas posiłku, ale za to staje się niewyobrażalnie głodna 10 minut po.
Ze względu na jakość jedzenia serwowanego w turystycznych miejscach, my też ostatnio nie mamy zbyt wielkiej ochoty na śniadania w restauracjach, a czasami nawet na obiady.
W Krynicy kupowaliśmy bardzo dużo wędzonych ryb od pewnej pani, a w domu Kasper przygotowywał dodatki do posiłków. Było pysznie!
Na mieście jedliśmy lody i piliśmy kawę i jest jedno miejsce, które szczerze mogę polecić – Kawiarnia Pod Globusem. Rozciąga się stamtąd piękny widok na Zalew Wiślany, ogród kawiarni jest bardzo osobliwy (atrakcja sama w sobie), lody są pyszne i wielkie, a i kawa jest niczego sobie.
Wracając jeszcze na chwilę do apartamentu, to znajdował się tuż nad Zalewem Wiślanym. Okolica była bardzo przyjemna (a raczej będzie, gdyż na razie w najbliższym sąsiedztwie jest budowa, a panowie na niej pracujący słuchają głośnej i mało ambitnej muzyki), ale jednak do plaży był kawałek i to pod górkę. Jako że my czas spędzaliśmy głównie nad morzem, a nie nad zalewem, to było to lekkim utrudnieniem.
Natomiast fakt, że klucze do apartamentów firmy, którą wybraliśmy, odbiera się w zupełnie innym miejscu, był naprawdę uciążliwy. Podobnie jak i całkowity brak kontaktu z nimi przez weekend.

Wędzone ryby.
Jak wspomniałam powyżej, w Krynicy Morskiej znaleźliśmy fajną budkę z wędzonymi rybami. Pani była bardzo miła i skora do rozmowy. A ryby, które u niej kupowaliśmy były przepyszne. Uwielbiam wędzone ryby, zwłaszcza łososie, ale również ryby maślane, makrele i wiele innych. Pychota!
W każdym razie, dowiedzieliśmy się od tej pani, że z połowami w Bałtyku jest generalnie bardzo słabo. Mało które ryby można łowić, a te które można, nie są opłacalne. Np. flądry są bardzo chudziutkie i nie ma ich później jak wędzić.
Natomiast dorsze trzeba wypuszczać z powrotem do wody, co jest z kolei trochę bez sensu, gdyż są to bardzo delikatne ryby i one i tak później umierają.
A tak w ogóle, to w okolicy jest zaledwie dwóch rybaków. Jeden w Krynicy Morskiej, a drugi w Piaskach.
Są jeszcze ryby z Zalewu Wiślanego, w tym węgorze, flądry, śledzie oraz karasie i inne ościste ryby, których jednak ludzie nie chcą zamawiać, właśnie ze względu na ości.
Podczas naszego pobytu w zalewie pojawiła się też jakaś choroba (już teraz nie pamiętam szczegółów, ale czytałam o tym nawet w wiadomościach).
Generalnie łososie i halibuty, które można dostać nad Bałtykiem są z północy i przychodzą zamrożone.
Niektórzy podobno kupują też węgorze z Chin, które są dużo tańsze i podają je w restauracjach. Pani powiedziała, że jak widzimy dobrą cenę za węgorza w menu, to prawdopodobnie ryba jest z Chin. Warto to mieć na uwadze.

Pogoda.
Ewidentnie mamy szczęście do pogody, gdyż ta dopisała i tym razem. Pierwszego dnia mieliśmy upał jak w środku sezonu, a pozostałe dni były ciepłe lub bardzo ciepłe (aczkolwiek nie przy samej wodzie). Padało tylko raz, w dodatku niezbyt długo ani intensywnie.
Kąpiel morska.
Pierwszego dnia wybraliśmy się na plażę. Plażing nie jest generalnie ulubionym zajęciem ani moim, ani Kaspra, ale Zojka bawiła się świetnie.
Jak to nad Bałtykiem, temperatura wody była raczej „dla koneserów”, ale Zojka chyba właśnie do takowych się zalicza. Podobnie jak i wiele innych dzieciaków, którym ewidentnie nie przeszkadzało mimowolne zgrzytanie zębów.
Piasek też był super, więc naprawdę miałam ogromną satysfakcję, że udało nam się załapać na taki dzień i dziecko mogło w pełni skorzystać z pobytu nad morzem.


W kolejnych dniach moczyliśmy co najwyżej nogi i na plaży obowiązywał strój wielowarstwowy. O wchodzeniu do wody nie było mowy, pomimo silnego słońca. Pewnie byłoby cieplej, gdyby nie wiatr. No ale cóż poradzić, nad Bałtykiem lubi powiać.
Krynica Morska – Latarnia Morska.
Po plaży były obowiązkowe lody i kawusia we wspomnianej powyżej kawiarni, a następnie Kasper zabrał Zojkę do apartamentu, a ja poszłam zwiedzać latarnię.


Latarnia Morska w Krynicy Morskiej nie jest zbyt okazała, ale ja nie mam w zwyczaju odpuszczać takich atrakcji turystycznych. Zawsze fajnie popatrzeć na okolicę z wysokości.
Budowę latarni rozpoczęto w 1894 r., a już po roku, dokładnie 1 maja 1895 r., rozbłysło na niej światło.
Pod koniec II wojny światowej, została zaminowana przez Niemców, a pod jej gruzami zginęli żołnierze radzieccy.
Przez kolejne trzy lata Krynica nie miała latarni, co powodowało oczywiście ogromne utrudnienia. W 1948 r. zainstalowano prowizoryczne światło nawigacyjne na dachu domu wczasowego, a dopiero po kolejnych trzech latach zakończono budowę nowej latarni. Stanęła 15 metrów od miejsca, w którym stała pierwsza latarnia. Autorem projektu był Stanisław Puzyna z Politechniki Gdańskiej. Latarnia wznosi się na wysokość 26.5 m, a średnica wieży wynosi 6 m u dołu i 4.5 m na górze.
Do uroczystego otwarcia latarni doszło 25 sierpnia 1951 r.
Co ciekawe, tuż obok latarni poukładano oryginalne granitowe fragmenty pierwszej latarni. Jak można wyczytać z tablicy informacyjnej, są to „relikty historycznej budowli lądowego oznakowania nawigacyjnego, jakimi były i są nadal latarnie morskie.”
Co jeszcze ciekawsze, obok latarni znajduje się również niewielki cmentarz, na którym spoczywają żołnierze radzieccy (Cmentarz Żołnierzy Radzieckich poległych podczas II Wojny Światowej na terenie Krynicy Morskiej). Jest ich tam 240, w 42 mogiłach zbiorowych. Zwłoki żołnierzy zostały ekshumowane i przeniesione z innych miejsc w Krynicy na teren obecnego cmentarza.



Krynica Morska – Dziki.
Po obiadku poszliśmy przyjemną ścieżką prowadzącą nad Zalewem Wiślanym do „centrum” Krynicy Morskiej.

Nie ma tam nic ciekawego. Same restauracje i stragany z pamiątkami. Można co najwyżej zrobić sobie zdjęcie z pomnikiem przedstawiającym dziczą rodzinę. Aczkolwiek popołudniu pomnik jest zacieniony, więc na zdjęcie lepiej przyjść rano.
Tak czy inaczej, okazuje się, że Krynica Morska to kolejna miejscowość, która poszła za trendem stawiania figurek zwierząt lub innych stworzeń w różnych miejscach na swoim terenie.
O krasnalach we Wrocławiu słyszał chyba każdy, ale my widzieliśmy też smoki w Krakowie, koziołki w Lublinie, mewy w Międzyzdrojach no i właśnie dziki w Krynicy Morskiej.
Pomnik o którym wspomniałam powyżej, to taki bardziej standardowy pomnik, ale jak zaczęliśmy kierować się z powrotem w stronę morza, to napotkaliśmy dwie figurki. Pierwsza z nich przedstawiała dzika-policjanta, a druga dzika-rowerzystę.
Przypuszczam, że może ich być więcej, a z czasem będą pojawiać się kolejne.


Wieczór spędziliśmy na plaży, która zdążyła się w tym czasie prawie całkowicie wyludnić. Dalej było ciepło, a atmosfera przy słabnącym słońcu robiła się coraz wspanialsza.
Zojka szalała przeskakując maleńkie fale przy brzegu i biegając po piasku. Było naprawdę klimatycznie, sielsko i prawdziwie pięknie.
Natomiast wracając promenadą łapaliśmy jeszcze zachwycające widoki na plażę. W niektórych miejscach rozpościerały się naprawdę cudne krajobrazy, idealne połączenie zielonej roślinności i kwiatów, żółtego piasku oraz błękitnej tafli wyjątkowo spokojnego morza. Cudo! Uwielbiam Bałtyk!



Stegna – Kościół Parafialny p.w. Najświętszego Serca Pana Jezusa w Stegnie.
Następny dzień zaczęliśmy od zdjęć z dziczą rodziną, a następnie pojechaliśmy na wycieczkę do pobliskiej miejscowości, Stegny.
Wyhaczyłam, że jest tam fajny kościół do zwiedzania i to właśnie do niego w pierwszej kolejności skierowaliśmy nasze kroki.
Kościół Parafialny p.w. Najświętszego Serca Pana Jezusa w Stegnie już z zewnątrz prezentuje się zjawiskowo ze względu na swoją szachulcową konstrukcję i fakt, że drewniane elementy wyglądają bardzo wiekowo. Ale to co jest w środku, po prostu zwala z nóg.
Czasami mam wrażenie, że nadużywam słowa „najpiękniejszy”, ale ten kościółek w Stegnie naprawdę jest jednym z najpiękniejszych jakie kiedykolwiek widziałam.
Mianowicie, w jego wnętrzu znajdują się malowidła wykonane na lnianych płótnach podwieszonych do stropu. Zostały namalowane przez Mistrza Reinholda Schneidera w 1688 r. i są największym obrazem w Polsce, dziełem absolutnie unikatowym.
Ja w pierwszej chwili myślałam, że to freski, aczkolwiek od razu było widać, że są jakieś takie nietypowe. Wydaje mi się, że nigdy wcześniej nie spotkałam się z tą techniką i zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Dzięki nim kościół prezentuje się naprawdę nadzwyczajnie.
Jest tam też kilka innych ciekawych elementów, w tym piękny model żaglowca z 1872 r. podarowany przez szypra kutra rybackiego z Kątów Rybackich jako wotum za ocalenie załogi.
Tak więc, kościółek w Stegnie jest obowiązkowym punktem zwiedzania podczas wizyty na Mierzei Wiślanej.




Stegna – Żuławska Kolej Dojazdowa.
W Stegnie widzieliśmy jeszcze wyjątkowo smutną fontannę bez wody w małym parku przy placu zabaw, a następnie udaliśmy się na stację Stegna Gdańska, aby wsiąść do kolejki wąskotorowej.
Na stacji znajduje się tablica informacyjna, z której można wyczytać:
„Koleje wąskotorowe o szerokości toru 750 mm, na Żuławach powstawały od 1891 r. Kolej łączyła kiedyś nawet Gdańsk z Malborkiem (kursował tu wąskotorowy pociąg pospieszny). W 1974 r. zlikwidowano tzw. Lewobrzeżną kolej, a w 1996 r. zaprzestano jakiegokolwiek ruchu pociągów na liniach żuławskiej wąskotorówki. Lokomotywy i wagony pocięto na złom lub wywieziono na inne koleje. Nie pozostał tutaj ani jeden pojazd, brakowało obrotnicy przed lokomotywą, a warsztat i dworzec były porzucone i zdewastowane.
Dzięki współpracy (…) udało się ściągnąć i uruchomić pojazdy, uzupełnić brakującą infrastrukturę oraz wznowić kursowanie pociągów pasażerskich. (…) Prawdziwą perełką jest jedyny na świecie czynny wąskotorowy most obrotowy w Rybinie, który do dzisiaj obracany jest zgodnie ze sztuką z 1906 r.”
W sumie linie kolei wąskotorowej rozciągają się na długości ok. 36 km. Są obsługiwane przez Pomorskie Towarzystwo Miłośników Kolei Żelaznych, które prowadzi kolej na zasadzie non-profit, co oznacza, że środki ze sprzedaży biletów przeznaczane są na remonty i utrzymanie kolei.
My kolejką wąskotorową udaliśmy się do Sztutowa. Przejażdżka była krótka, ale przyjemna. Podobało mi się, że siedzenia są drewniane i wszystko wygląda bardzo oryginalnie.
Fajna atrakcja, zwłaszcza dla dzieci. Przy następnej okazji na pewno znów skorzystamy. Fajnie byłoby pojechać trasą, która wiedzie przez ten most w Rybinie.




Spacer do Kątów Rybackich.
Ze Sztutowa poszliśmy na nogach do Kątów Rybackich, co było niezwykle przyjemnym spacerem. Szliśmy przez las, trasą rowerową R10.
Pogoda była lekko deszczowa, ale w lesie nie bardzo nam to przeszkadzało. Zieleń była bardzo intensywna, a w zaroślach, tuż przy ścieżce, Zojka wypatrzyła sarenkę.
Niestety nie posiedzieliśmy sobie na plaży w Kątach Rybackich, gdyż na to było akurat stanowczo zbyt chłodno. Szkoda, gdyż plaża prezentowała się fajnie.



Frombork.
Trzeciego dnia zrobiliśmy sobie wycieczkę do Fromborka, do którego popłynęliśmy niewielkim statkiem „Zefir”. Podróż nie trwała zbyt długo, myślę, że poniżej godziny.
Po zejściu na ląd udaliśmy się spacerkiem do Zespołu Katedralnego, w którym znajdują się najważniejsze zabytki, czyli m. in. katedra, czy też Wieża Kopernika.
Później mieliśmy jeszcze trochę czasu, aby rozejrzeć się po okolicy, więc poszliśmy zobaczyć pomnik Kopernika i odwiedziliśmy pobliski kościół.
W sumie wycieczka do Fromborka zajęła nam ponad 6 godzin, wliczając czas spędzony na statku.
Wieczór natomiast, spędziliśmy na plaży.










Frombork – Wieża Kopernika.
W pierwszej kolejności zwiedziliśmy Wieżę Kopernika.
Wieża pochodzi z końca XIV w. Jako jedyny obiekt obronny na Wzgórzu Katedralnym, była użytkowana również w celach mieszkalnych.
Kopernik przejął wieżę po zmarłym kanoniku i pozostała ona w jego posiadaniu do 1543 r. Urządził w niej skromną izbę i przechowywał tam cenne księgozbiory i rękopisy. Wbrew temu, co przez wiele lat sądzono, nie prowadził z niej obserwacji nieba. W tym celu miał specjalne miejsce w ogrodzie swojego domu.
Obecnie w wieży pokazane są aranżacje pomieszczeń oparte na rekonstrukcjach i zabytkach z przełomu XV i XVI w., gdyż nie wiadomo dokładnie co stanowiło wyposażenie kuchni, czy innych pomieszczeń Mikołaja Kopernika. Nie zachowały się żadne zapisy na ten temat.


Frombork – wieża z tarasem widokowym.
W dalszej kolejności udaliśmy się na sąsiednią wieżę, w której zachwyca klatka schodowa. Oprócz tego, obejrzeliśmy tam ciekawe wystawy, w tym model Wahadła Foucaulta, czyli przyrządu pokazującego ruch obrotowy Ziemi.
Na samej górze znajduje się taras widokowy, z którego rozpościera się przepiękny widok na kompleks, a zwłaszcza na katedrę.





Frombork – Katedra pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i św. Andrzeja Apostoła.
Początki katedry sięgają XIV w., kiedy to w latach 1330 – 1342 powstało prezbiterium. Korpus ukończono natomiast w 1388 r.
Oczywiście wystrój, jaki możemy obecnie zobaczyć w katedrze nie jest oryginalny, gdyż na przestrzeni wieków dochodziło do zniszczeń, grabieży i profanacji. Obecne wyposażenie reprezentuje barok, w którym katedrę urządzili kanonicy i biskupi po grabieżach Szwedów.
Z wcześniejszego wyposażenia zachował się jednak ołtarz główny, w stylu późnogotyckim. Został on rozebrany przed końcem II wojny światowej i wywieziony z Fromborka, ale podczas inwentaryzacji kościołów Warmii w latach 50. odnaleziono wiele jego elementów.
W katedrze znajduje się również grób Mikołaja Kopernika.
Oprócz tego, są tam przepiękne, stare organy i udało nam się załapać na krótki koncert, co było bardzo miłą niespodzianką.





Frombork – Kościół św. Wojciecha.
W pobliżu pomnika Mikołaja Kopernika znajduje się Kościół św. Wojciecha, do którego nie omieszkaliśmy wstąpić.
Kościół pochodzi z XIX w. i został wybudowany przez luteran. Jak można się dowiedzieć z tablicy informacyjnej, w 1834 r. na Warmii żyło 11 500 ewangelików. W 1885 r. była to już liczba 19 000.
Akt założenia parafii ewangelickiej został wydany w 1830 r. Natomiast pozwolenia na budowę kościoła udzielono dopiero w 1854 r., kiedy to król Fryderyk Wilhelm IV odwiedził miasto i sam wskazał dogodne miejsce pod budowlę.

Krynica Morska – Wielbłądzi Garb i Góra „Pirat”.
Czwarty dzień spędziliśmy na spacerach po okolicy i odwiedzaniu pomniejszych atrakcji, a także wypoczynku na plaży.
Zaczęliśmy od spaceru ścieżką wzdłuż Zalewu Wiślanego na wschód.
Ścieżka dość szybko nam się skończyła i trafiliśmy w różnego rodzaju zarośla. Ogólnie nie stanowiłyby większego problemu, gdyby nie to, że mieliśmy ze sobą wózek dla księżniczki, która nie zawsze ma ochotę przemieszczać się na własnych nogach.
No nic, jakoś przebrnęliśmy przez te krzaczory i niedługo później znaleźliśmy się na Wielbłądzim Garbie, czyli na zatrważającej wysokości 49 m n.p.m. Wielbłądzi Garb to wydma, najwyższa na Mierzei Wiślanej.
Wspięliśmy się na znajdującą się tam wieżę widokową, aczkolwiek nie mogę powiedzieć, żeby widoki, jakie się nam ukazały, należały do szczególnie zachwycających. Ledwie było widać wodę zza zarośli.
Niemniej, jest to fajne miejsce na spacer.



W dalszej kolejności udaliśmy się na trasę rowerową R-10 i kontynuowaliśmy przechadzkę.
Trzeba przyznać, że niektóre wejścia na plażę nad Bałtykiem są naprawdę piękne. Uwielbiam szczególnie te, gdzie najpierw idzie się przez las iglasty, a następnie przez wydmy dochodzi nad wodę. Uwielbiam ten moment, gdy nagle ukazują się fale.
W Krynicy Morskiej i okolicznych miejscowościach, większość wejść tak wygląda i bardzo mi się to podobało.
Tym razem trafiliśmy na wejście 16, gdzie aby dotrzeć na plażę, trzeba się wspiąć na całkiem pokaźną, piaszczystą górkę. Po drugiej stronie rozpościera się cudowny fragment plaży, na którym tego dnia byliśmy sami. Coś pięknego!
Warto zapamiętać to wejście.
Później byliśmy też na plaży przy wejściu 18 i tam też byliśmy sami. Nie wiem czy to kwestia pogody (chociaż dzień był piękny), czy zawsze tam tak jest.








Ja pomiędzy jedną, a druga plażą zaliczyłam jeszcze spacer na kolejną wieżę widokową, na Górze „Pirat”.
Ścieżka edukacyjna, która tam prowadzi wyposażona jest w tablice przedstawiające ptaki, jakie można wypatrzeć po drodze. Myślę, że dla miłośnika ornitologii mogłaby to być niezła gratka, gdyż wygląda na to, że te tereny zamieszkiwane są przez ogromną ilość gatunków ptaków. Są tam drozdy, czubatki, puszczyki, dzięcioły, gile, zięby, szczygły i wiele innych.
Co do wieży widokowej, to jest naprawdę fajna i oferuje bardzo ładne widoki na okolicę.



Park linowy i morze.
Piąty, ostatni pełny dzień w Krynicy Morskiej, spędziliśmy na dalszej eksploracji najbliższych okolic. Tym razem pokierowaliśmy się na zachód.
Najpierw zaszliśmy do parku linowego, gdzie Zojka doświadczyła tej atrakcji po raz pierwszy w życiu.
Oczywiście poszła na trasę dla najmłodszych i chociaż za pierwszym razem musiałam jej towarzyszyć, to szybko się wkręciła. Miała bodajże pięć przejść, czyli całkiem sporo, ale i tak niełatwo ją było nakłonić do zakończenia zabawy.


Później poszliśmy promenadą na spacer. Pogoda była słoneczna, ale wiatr niemiłosierny.
Minęliśmy osobliwą ławeczkę z napisem Zakochani W Krynicy Morskiej, a następnie udaliśmy się na plażę przy wejściu 32. Było to kolejne piękne zejście do plaży, z tych co lubię najbardziej. A na plaży prawie żywej duszy, dosłownie pojedyncze osoby.
Wiatr był naprawdę silny, ale i tak było super. Można było się zatracić we wzburzonym morzu, cudnych falach, odgłosach natury. Bałtyk jest tak piękny, że aż ciężko znaleźć odpowiednie słowa.






Pod wieczór ponownie udaliśmy się na plażę, ostatni raz podczas tego wyjazdu.




Podsumowanie.
W Krynicy Morskiej mieliśmy 6 noclegów, czyli 5 pełnych dni. Myślę, że dobrze wykorzystaliśmy ten czas i dość intensywnie poeksplorowaliśmy okolicę. W naszym przypadku dłuższy pobyt byłby jednak raczej niewskazany.
Morze i plaże na Mierzei Wiślanej są naprawdę piękne i co rusz zachwycałam się widokami. Fajnie było też pochodzić po lasach i pozwiedzać to, co udało się zwiedzić, czyli m. in. Frombork i cudowny kościół w Stegnie. Sama Krynica Morska jest jednak zbyt bałtycko-kurortowa, a tego nie lubię. Męczy mnie ta turystyczna otoczka i fakt, że jest to bardzo typowe dla większości miejscowości nad Bałtykiem, uważam za jedyny minus wakacji nad naszym morzem. To i tłumy w sezonie.
Tak jak wspomniałam powyżej, kiedyś jednak na pewno do Krynicy Morskiej wrócimy. Tym razem zabrakło wycieczki na granicę z Rosją i jest to coś do zrobienia następnym razem. Co do Mikoszewa i słynnego przekopu, to widzieliśmy go z okien autobusu, ale na pewno fajnie byłoby wybrać się na tamtejszy taras widokowy i pooglądać sobie wszystko na spokojnie. Może wycieczka rowerowa z Mikoszewa na granicę byłaby dla nas odpowiednim rozwiązaniem. Z mapki w Krynicy wyczytałam, że trasą rowerową jest to dystans 54.33 km, czyli tak akurat w sam raz.
W Krynicy Morskiej byliśmy w drugiej połowie czerwca, czyli praktycznie w sezonie. Pogoda, choć wyjątkowo słoneczna, była jednak bardziej wiosenna niż letnia.
Okazuje się wszakże, że tak naprawdę można to uznać za zaletę, a nie wadę. Plaże, poza pierwszym, najcieplejszym dniem, były właściwie puste. Trzeba było się dobrze ubrać, ale można było na nich siedzieć i siedzieć.
Oczywiście dalej uwielbiam zimowe pobyty nad Bałtykiem, ale ten jeden argument może przemawiać za wiosennymi lub jesiennymi wyjazdami. W końcu przesiadywanie na bałtyckich plażach i gapienie się na fale, jest jednym z moich ulubionych zajęć.




