
Borres – Berducedo (26.1 km, 8.75h), 06.08.2025.
Jak już wspomniałam w poprzednim wpisie, noc minęła mi zadziwiająco dobrze. Nawet materac był wygodny.
Wstaliśmy jednak przed budzikiem, już ok. 5:15, gdyż niektóre osoby zbierały się do drogi i nie było sensu dalej leżeć. I tak byśmy już nie zasnęli.
Z albergue wyszliśmy ok. 5:50 i z początku byłam przerażona. Kolano zaczęło mnie boleć od razu i ledwie stawiałam kroki. A czekał mnie najtrudniejszy dzień na całym Camino Primitivo!
No ale co mogłam zrobić? Trzeba było jakoś iść.
W pierwszej kolejności dotarliśmy do baru, bo dopiero tam był szlak. Kasper zawiązał mi taśmę wokół kolana i powolutku ruszyliśmy przed siebie. Szłam naprawdę wolno.
Rozwidlenie szlaku było niewiele dalej. Można było wybrać albo Camino de los Hospitales, albo iść drogą alternatywną, łatwiejszą (chociaż chyba odrobinę dłuższą).
My oczywiście wiedzieliśmy, że idziemy Camino de los Hospitales i chwilę później byliśmy już na odpowiedniej ścieżce.
Mgła była wszędzie i prawie nic nie było widać. Myślałam, że z czasem ustąpi, ale tak się nie stało. W rezultacie caluteńkie Camino de los Hospitales przeszliśmy we mgle, nie widząc praktycznie żadnych krajobrazów.



Widoczność wynosiła jakieś 3 metry, więc tak naprawdę oglądać mogliśmy jedynie roślinność wokół ścieżki, która swoją drogą, była przepiękna. Charakterystyczna dla tej wysokości, taka trochę kolczasta i bardzo kolorowa.
Widziałam też sporo krów, ale głównie na początku ścieżki. Wyżej już ich nie było.
A szliśmy praktycznie cały czas pod górę. Przewyższeń na tym odcinku jest naprawdę sporo i są wymagające. Można się dość solidnie zmęczyć.





W sumie to pogoda, która się nam trafiła, była tak naprawdę zbawienna. Przynajmniej nie było nam gorąco.
Nie zmienia to jednak faktu, że wypiliśmy rekordową ilość wody. Oznacza to, że jeśli ktoś idzie w słońcu, musi mieć ze sobą bardzo duży zapas wody niesiony już od Borres, gdyż na całym odcinku Camino de los Hospitales nie ma żadnego ujęcia wody, a tym bardziej jakiejkolwiek infrastruktury.
Co do ścieżki, to była dość wygodna i wystarczająco szeroka, ale miałam wrażenie, że w niektórych miejscach po bokach są przepaście. Nie jestem pewna, gdyż nic nie widziałam poza wyraźnymi obniżeniami zboczy.
No nic, skoro nie było widać przepaści, to przynajmniej się ich nie bałam.
Ogólnie szło się dość ciężko, praktycznie cały czas na zadyszce. Tempo miałam bardzo kiepskie i wszyscy mnie mijali. Ale dla kolana droga w górę była wygodniejsza i nie doskwierało mi za bardzo.
Być może za sprawą wysiłku, ale było mi ciepło i przez większość trasy szłam w krótkim rękawku.
Ubrałam się dopiero na postoju, który urządziliśmy sobie w okolicy ruin szpitali. Bowiem jak tylko się zatrzymaliśmy, momentalnie zaczęliśmy odczuwać niższą temperaturę.
Co do ruin, z których słynie ten odcinek, to nie było ich zbyt wiele i nie były zbyt imponujące. Niemniej uważam, że warto je zobaczyć. To taka mała wycieczka w głąb historii camino i okazja, żeby trochę pobudzić wyobraźnię i zastanowić się, jak pielgrzymowanie wyglądało setki lat temu.
Naprawdę cieszę się, że miałam okazję zobaczyć to miejsce.



Po postoju musiałam jeszcze zostać w bluzie, gdyż od boku zaczął zacinać wiatr, temperatura wyraźnie się obniżyła, a mgła skraplała się na nas i powodowała, że wszystko stawało się mokre. Nawet na rzęsach miałam krople.
Tak więc przez chwilę warunki atmosferyczne wydawały się pogarszać i zaczęło robić się trochę groźnie, ale na szczęście na tym się skończyło.
No nic, przynajmniej bluza się przydała. Na całym Camino Primitivo miałam ją na sobie tylko ten jeden raz.
W końcu doszliśmy do połączenia z alternatywną trasą i wkroczyliśmy na ścieżkę wiodącą zboczem. Otchłań z boku była co najmniej imponująca, a widoki zapierające dech w piersiach. Chmury były mniej więcej na naszej wysokości i dość szybko się przemieszczały, więc krajobrazy były dynamiczne. Cudo! Aż nie mogłam uwierzyć.
Oczywiście musieliśmy wykorzystać okazję i zatrzymać się na postój. Akurat mieliśmy przy sobie Kas, więc był to idealny moment na konsumpcję.





Kawałek dalej czekał nas kolejny szok widokowy, a mianowicie jakaś stara wioska, która wyglądała jak ze Średniowiecza. Niesamowicie piękne miejsce.




Później było już bardziej standardowo. Szliśmy trochę odkrytymi ścieżkami, a trochę zacienionymi. Oczywiście nie obyło się też bez kolejnych wzniesień.
Co więcej, zaczęła nam doskwierać temperatura. Było już popołudnie, najcieplejsza pora dnia.

Jakoś jednak do tego Berducedo doczłapaliśmy.
Albergue w Berducedo znajduje się na samym początku miasteczka, ale zgodnie z naszymi obawami, okazało się, że miejsc już nie ma.
Nasi znajomi próbowali nam jakoś pomóc, dzwonili do hospitalero, ale się nie dodzwonili.
Poszliśmy więc dalej, najpierw do prywatnej albergue, w której nie było miejsc, a później do kolejnego przybytku, takiego trochę bardziej wypasionego. Tam też mieli część przeznaczoną na albergue dla pielgrzymów, w której nie było już miejsc, ale oprócz tego mieli prywatne pokoje. Dostępny był już tylko jeden, 4-osobowy i musieliśmy go wziąć w całości, za 80 euro.
Jako że innych perspektyw nie dostrzegaliśmy, to zapłaciliśmy. Kasper wyszedł jednak później na zewnątrz i błyskawicznie zgarnął dwójkę pielgrzymów w potrzebie, więc ostatecznie pokój kosztował nas tylko 40 euro, a mieliśmy swoją prywatną łazienkę, w dodatku o zadziwiająco wysokim standardzie. Deal życia!
Po ogarnięciu się wyszliśmy na zewnątrz, gdzie przy stolikach siedziała już nasza ekipa plus kilka innych osób. Był Gabrijel, którego pierwszy raz widzieliśmy rano, przy rozwidleniu. Był też chirurg mieszkający w Szwajcarii i dwóch starszych Włochów.
Bardzo miło spędziliśmy z nimi czas. A ja wypiłam moją pierwszą tego dnia kawę! I dwa piwa.
Pod wieczór z większością tych osób spotkaliśmy się ponownie, w ich albergue, gdzie organizowali wspólny obiad. Jeden ze starszych Włochów zrobił carbonarę, a Mara przygotowała przepyszną sałatkę z ogórkiem, winogronami, kozim serem, orzechami włoskimi i oliwą. Pychota! Były też lody na deser i wino. Wspaniały wspólny posiłek na camino.

Niestety towarzystwo dość szybko się rozeszło i zostaliśmy sami z Marą i młodym Hiszpanem. Okazało się, że pochodzi z Cizur Menor, miejscowości na Camino Frances, gdzie nocowałam podczas mojej pierwszej pielgrzymki. Czasami świat wydaje się naprawdę mały.
Berducedo – Grandas de Salime (21.4 km, 5.75h), 07.08.2025.
Odcinek pomiędzy Berducedo, a Grandas de Salime był wspaniały pod każdym względem.
Po pierwsze, był zjawiskowy widokowo. Po prostu zjawiskowy!
Po drugie, był dość łatwy i szło się przyjemnie. Dystans nie był też zbyt długi, więc była to miła odmiana po poprzednim dniu.
Po trzecie, nie bolało mnie kolano. Być może była to zasługa Voltarenu, którym obdarował mnie Henri (chirurg) i który wzięłam na noc. W każdym razie, noga była jak nowa i szło mi się naprawdę dobrze.
Po czwarte, na tym odcinku znajduje się najwspanialszy bar na Camino Primitivo. Z absolutnie niebywałym widokiem.
Ogólnie cały dzień szliśmy podziwiając wspaniałe krajobrazy. Zaczęło się już z rana, kiedy to szliśmy albo we mgle, albo widząc morze mgły znajdujące się poniżej. Było tak dlatego, że schodziliśmy ze wzgórza. Byliśmy na sporej wysokości i mgła znajdowała się pod nami.
Szczerze mówiąc, z początku myślałam, że poniżej jest po prostu jakaś woda. Dopiero Kasper wyprowadził mnie z błędu.






Śniadanko zjedliśmy na skałach, w cudnych okolicznościach przyrody, właśnie podziwiając mgły i zajadając chorizo. Był to jeden z tych wyjątkowych momentów na camino.
Później schodziliśmy dalej. Tego dnia generalnie mieliśmy bardzo dużo zejść, praktycznie w nieustannym zachwycie.
Roślinność na skałach była bajecznie kolorowa, a gdy zaczęły się widoki na zaporę i drobne zabudowania wokół niej, to już naprawdę można było stracić głowę z zachwytu.
Myślę, że to jeden z najpiękniejszych odcinków na camino w ogóle.






W pewnym momencie zeszliśmy z gór, prosto na asfalt prowadzący do zapory. Mieliśmy też okazję zajść na mały taras widokowy i muszę przyznać, że było to ciekawe doświadczenie. Aż mieniło mi się w oczach od wysokości.


Kawałek dalej znajduje się hotel z najwspanialszym barem na Camino Primitivo. Mianowicie, taras restauracji wychodzi na zaporę, rezerwuar i skały, z których się schodzi idąc camino. Coś wspaniałego!
Spędziliśmy tam cudowny postój, sącząc ogromne kawy i zagryzając croissanty.


Wychodząc trafiliśmy akurat na kilka osób z naszej grupy. Poleciliśmy im bar, a sami poszliśmy dalej.
Do przejścia nie było już dużo. Najpierw asfaltowa droga, a później odcinek przez las, z którego wychodziło się już bezpośrednio do Grandas de Salime.



W lesie spotkaliśmy Angela i z nim doszliśmy aż do albergue.
Załapaliśmy się na łóżka, ale Mara, Włosi i Niemiec, którzy zostali w barze i dotarli później, niestety nie.
Ludzie z albergue byli naprawdę spoko, gdyż przyjęli więcej osób, niż mogli. Miejsc było bodajże 28, a oni pozwolili zostać co najmniej kilku dodatkowym osobom.

Co do miejscowości, to porównując Grandas de Salime do innych miejscówek na Camino Primitivo, to wypada ona całkiem nieźle. Ogólnie nie ma tam jednak zbyt wiele do zobaczenia. My zwiedziliśmy kościół – Collegiate Church of El Salvador z XII w., który był bardzo ładny, a tak to tylko szwendaliśmy się po okolicy.




Oczywiście zaszliśmy do sklepu, gdy wreszcie został otwarty, ale nie byliśmy zbyt zadowoleni. Ani z cen, ani z asortymentu. Inny supermarket w ogóle nie został otwarty tego dnia.
Byliśmy też na cydrze z Angelem i Marą, a później w restauracji na menu del dia razem z Angelem i nowo zapoznaną Niemką.
Co do posiłku, to byliśmy bardzo zadowoleni, gdyż porcje były duże i solidne. Na przystawkę wzięliśmy szynkę z melonem, na główne rybę z ziemniakami, a na deser podzieliliśmy się ciastem i flanem.
Grandas de Salime – A Fonsagrada (26.2 km, 6.25h), 08.08.2025.
Następny odcinek też był bardzo ładny widokowo. Znów doświadczyliśmy klimatycznych mgieł, pięknych, górskich krajobrazów i wiatraków na horyzoncie.
Szło się całkiem nieźle, chociaż przewyższeń było sporo. Zwłaszcza w pierwszej połowie dnia, a później jeszcze na sam koniec. Podejście do miasteczka, właśnie na sam koniec, było wręcz mordercze.
Tego dnia przekroczyliśmy też granicę pomiędzy Asturią, a Galicją, co muszę przyznać, ucieszyło mnie niezmiernie.
Gdy schodziliśmy ze wzgórza, natknęliśmy się na małą tabliczkę wyznaczającą granicę i różnice dało się zauważyć praktycznie natychmiast. Zmienił się wygląd słupków, na których pojawił się kilometraż. Pojawiło się też więcej barów. No i albergues były od tego momentu na znacznie wyższym poziomie.






Na pierwszą kawę tego dnia załapaliśmy się właśnie tuż po wkroczeniu do Galicji, jak tylko zeszliśmy z tego wzgórza.
Rano natknęliśmy się jedynie na automat z kawą, ale nie skorzystaliśmy. Wiedząc jak pyszna jest kawa w Hiszpanii, nie mogliśmy się przełamać, żeby wypić jej marną imitację z automatu.
Gdy dotarliśmy do A Fonsagrada, kolejka do albergue już była, a w niej większość naszych znajomych: Włosi, Angel i Niemka. Trafiliśmy mniej więcej na środek, zatem ogólnie czas mieliśmy nienajgorszy.

Albergue okazała się bardzo fajna. Ludzie byli mili, przybijali fajne pieczątki, tworząc tak jakby cały obrazek właśnie z pieczątek i domalowując elementy. Naprawdę bardzo się starali.
Natomiast wyposażenie było czyste i nowoczesne. Co prawda nie było pralek, a w kuchni brakowało talerzy i sztućców, ale można było usiąść na ładnych fotelach i było naprawdę schludnie.
Popołudnie mieliśmy raczej leniwe, jakoś na nic za bardzo nie mieliśmy ochoty.
Zrobiliśmy zakupy, zjedliśmy, zwiedziliśmy kościół i wysiedzieliśmy się na murku na jego tyłach, w bardzo fajnym, zacisznym miejscu.
Miasteczko było całkiem ładne, ale chyba po prostu zabrakło nam tego dnia energii.




A Fonsagrada – O Cádavo (25.1 km, 6.25h), 09.08.2025.
Wędrówkę tego dnia rozpoczęliśmy jak zwykle wcześnie, jeszcze po ciemku.
Gdy zaczęło się przejaśniać byliśmy akurat na sporej wysokości i dzięki temu doświadczyliśmy cudownego wręcz zjawiska.
Mianowicie, z jednej strony widzieliśmy zachodzący księżyc w pełni, a po drugiej już powoli wschodziło słońce. Coś takiego widziałam chyba pierwszy raz w życiu i było to naprawdę zachwycające.
Na śniadanie zatrzymaliśmy się w cudownym miejscu. Akurat gdzieś po drodze natrafiliśmy na stół z ławkami skierowany na morze mgieł pod nami. Wymarzona miejscówka na posiłek.
Spędziliśmy tam dłuższą chwilę i w tym czasie wyprzedziło nas sporo osób, w tym Włosi, Niemiec i Angel.



W pewnym momencie, idąc przez górskie tereny, natrafiliśmy na kolesia, który robił pieczątki w gorącym wosku. Coś takiego widzieliśmy pierwszy raz, ale niedługo później przyszło nam się zorientować, że to nowy trend. Im bliżej Santiago, tym częściej napotykaliśmy podobne stanowiska.
W każdym razie, koleś powiedział nam, że tuż obok znajdują się pozostałości po dawnym szpitalu dla pielgrzymów oraz monolit z kilku kamieni, podobno oryginalny.
Oczywiście postanowiliśmy tam zajrzeć i zdecydowanie było warto! Był to chyba najbardziej interesujący zabytek, jaki widzieliśmy na całym Camino Primitivo. Zadziwiająco dobrze zachowany.
Co więcej, gdy zaszliśmy na tyły zabudowań, trafiliśmy prosto na Marę i dwóch Ukraińców siedzących w zagłębieniu na ognisko.
Okazało się, że spędzili w tym miejscu noc, pod namiotami.
Muszę przyznać, że troszkę im pozazdrościłam. Moim zdaniem było to wręcz wymarzone miejsce na nocleg na camino. Dokładnie tam, gdzie pielgrzymi nocowali setki lat temu.
No nic, może następnym razem trzeba po prostu zabrać ze sobą namiot.

Póki co, ruszyliśmy dalej. Mara powiedziała, że niedaleko ma być bar i faktycznie był.
Trochę pośrodku niczego, ale za to z genialnym asortymentem. Nie dość, że wypiliśmy kawusię, to jeszcze zjedliśmy przepyszną tortillę. Była zrobiona trochę inaczej niż zazwyczaj, a mianowicie, była mniej zbita, taka bardziej płynna, ale w dobrym znaczeniu tego słowa. Podobno w tym barze na każdą tortillę zużywa się 12 jaj.
Jestem w stanie jak najbardziej w to uwierzyć, gdyż była to zdecydowanie jedna z najlepszych tortilli, jakie kiedykolwiek jadłam.
Dodatkowo dawali do niej chlebek i drobno pokrojone pomidorki do posmarowania. Pycha!
Na miejscu zastaliśmy naszą ekipę, ale oni akurat już kończyli i za chwilę zebrali się do wyjścia. Jak zwykle było im śpieszno.
Jeśli chodzi o trasę to tego dnia do pokonania były dwa większe wzniesienia, ale wiedzieliśmy, że to już końcówka jeśli chodzi o największe przewyższenia na Camino Primitivo. Dalej miało być już znacznie łatwiej i faktycznie tak było.
I o ile dzień wcześniej na sam koniec czekało nas okropnie strome podejście, to tym razem na koniec mieliśmy zejście.
O Cadavo okazało się mało interesującą miejscowością i być może dlatego niewielu pielgrzymów zdecydowało się na nocleg w tym miejscu.
Gdy dotarliśmy do albergue, spodziewaliśmy się, że będzie pełna, a okazało się, że jesteśmy jednymi z pierwszych osób. Zaskoczyło nas to co niemiara.
Następnego dnia, po przejściu kilku kilometrów, trafiliśmy do bardzo ładnej miejscowości – Castroverde i spotkaliśmy tam mnóstwo osób na śniadaniu w barze. To właśnie tam nocowała większość pielgrzymów i myślę, że gdybym miała iść tą trasą ponownie, to na nocleg wybrałabym właśnie Castroverde, a nie O Cadavo.
Niemniej absolutnie nie żałuję, że zostaliśmy w O Cadavo, gdyż pomimo wyjątkowo depresyjnej aparycji miasteczka, spędziliśmy tam jedno z fajniejszych popołudni podczas tej pielgrzymki.
Mianowicie, po ogarnięciu się postanowiliśmy przejść się do „centrum”, chociażby na kawusię.
Bardzo szybko znaleźliśmy odpowiedni bar i kawusia zamieniła się w pyszny posiłek z piwkiem (zjedliśmy między innymi przepyszne Pimientos de Padrón). Natomiast niedługo później napatoczył się Gabrijel, a jeszcze później Henri i w rezultacie spędziliśmy tam kilka godzin. Henri domówił kilka przekąsek, które były naprawdę przepyszne.
Zawsze mnie to zaskakuje, że pierwszy lepszy bar w Hiszpanii może mieć naprawdę znakomite jedzenie.
Dzień zakończyliśmy na trawniku koło albergue, leżąc w śpiworach. Było bardzo przyjemnie, ale w pewnym momencie przegonił nas chłodek.
O Cádavo – Lugo (31.1 km, 7.50h), 10.08.2025.
Noc w albergue w O Cádavo niestety okazała się koszmarna.
Najpierw grupa Hiszpanów urządziła sobie imprezę w kuchni i jak to oni, darli się w niebogłosy do późnej nocy (w albergues generalnie obowiązuje cisza nocna, nie mówiąc już o tym, że tego po prostu wymaga kultura).
Natomiast później ktoś chrapał w naszym pokoju.
W pewnym momencie byłam gotowa obudzić tą osobę, ale za nic w świecie nie mogłam się zorientować na którym jest łóżku.
Ech. Tak to czasem bywa.
Następnego dnia trasa nie była zbyt wymagająca, ale za to dość długa. Nie była też specjalnie urodziwa i generalnie nie zapamiętałam z niej nic szczególnego.
Jedyne miejsce warte wzmianki to właśnie Castroverde, o którym wspomniałam powyżej.
Miasteczko jest naprawdę urodziwe, a my doszliśmy tam dość wcześnie rano, więc zatrzymaliśmy się na śniadanie.
W pierwszej chwili myśleliśmy, że wszystko jest pozamykane, ale po krótkich poszukiwaniach udało nam się znaleźć fajny bar.
Było tam już mnóstwo pielgrzymów, w tym znajome twarze. Zamówiliśmy po kawie i croissancie i od razu zrobiło się lepiej.
Gdzieś po drodze napotkaliśmy starszego Niemca o imieniu Axel, którego widzieliśmy już wcześniej i urządziliśmy sobie z nim pogawędkę. Przeszliśmy razem spory kawałek, gdyż naprawdę fajnie się rozmawiało.
Opowiadał trochę o swojej minionej karierze zawodowej i o tym, jak to on musi mieć prywatny pokój z własną łazienką na szlaku.
Rozdzieliliśmy się, gdy skręcił na alternatywną ścieżkę, ale spotkaliśmy go później jeszcze raz, już w Lugo.






Wcześniej rozważaliśmy wzięcie jakiegoś hotelu albo apartamentu na noc w Lugo, ale jak wkroczyliśmy do zabytkowej części miasta, to bardzo szybko odnaleźliśmy albergue. W kolejce było miejsce, więc tak już jakoś zostaliśmy.
Gdy trochę się ogarnęliśmy, postanowiliśmy ruszyć na miasto.
W pierwszej kolejności musieliśmy oczywiście zjeść.
Wybraliśmy restaurację na chybił trafił, ale nie dość, że była bardzo elegancka, to w dodatku serwowała przepyszne jedzenie. Kasper zamówił hamburgera z frytkami, a ja zjadłam wyśmienite pulpo z krewetkami.
Później nastąpił czas na zwiedzanie.
W Lugo jest katedra, więc oczywiście nie mogliśmy nie skorzystać z okazji i właśnie tam skierowaliśmy nasze kroki.
Bilet dla pielgrzymów kosztował jedynie 5 euro.
Katedra w Lugo – Saint Mary’s Cathedral jest piękna i naprawdę szkoda byłoby ominąć ten zabytek. Zwłaszcza, że Lugo nie jest jakimś super popularnym miejscem w Hiszpanii i camino jest zapewne jedyną okazją dla większości osób, żeby tam zawitać.
Dodatkowym atutem jest małe muzeum znajdujące się w galerii ponad nawą główną. Można z niej oglądać wnętrze kościoła z nieco innej perspektywy.




Poza katedrą, odwiedziliśmy też Igrexa Conventual de San Francisco. Jest to kościółek, którego budowę rozpoczęto pod koniec XIV w. Jego bryła jest dość ciekawa, jakby łącząca kilka osobnych elementów w jedną całość.


Po zwiedzaniu uznaliśmy, że czas na deser i poszliśmy na kawusię, Kas, flan z bitą śmietaną, a obsługa kawiarenki dodatkowo obdarowała nas churros.
Jako że kalorie zostały uzupełnione, to starczyło nam jeszcze sił żeby pospacerować murami miasta.
Lubię miasta otoczone murami, zwłaszcza, jeśli można po nich chodzić. Daje to fajną perspektywę i zazwyczaj można w ten sposób wypatrzyć dużo fajnych szczegółów.
Co do Lugo, to bardzo przypadł mi do gustu również centralny placyk. Był niezwykle urokliwy ze swoim budownictwem, pięknymi kwiatami i zielenią. Bardzo fajne miejsce do spędzania leniwych popołudni.
Jak dla mnie Lugo to też kwintesencja hiszpańskich miast średniej wielkości, które kocham całym sercem. Mają wszystko to, co duże miasta, czyli cudną architekturę, zabytki, klimatyczne restauracje, sklepy itp., ale można w nich odnaleźć dużo więcej ciszy i spokoju. Życie toczy się tam wolniej i można skoncentrować się na przeżywaniu chwili.
Naprawdę uwielbiam miasta takie jak Lugo, a odkryłam je właśnie dzięki Camino de Santiago.










