
Lugo – As Seixas (33.1 km, 7.75h), 11.08.2025.
Odcinek pomiędzy Lugo, a As Seixas nie był szczególnie urodziwy. Nie mam z tego dnia nawet zbyt wielu zdjęć. Nic szczególnego nie utknęło mi też w pamięci.
Wyszliśmy jak zwykle dość wcześnie rano. Baru nigdzie nie było, ale po pewnym czasie trafiliśmy na stoliki przy automatach z kawą i przekąskami, gdzie postanowiliśmy zjeść śniadanie. Spotkaliśmy tam całą naszą zaznajomioną ekipę, a także Gabrijela.
Oprócz tego było tam kilku młodych Hiszpanów. Tak się jakoś złożyło, że wywiązała się miedzy nami rozmowa i jeden z tych chłopaków, powiedział, że spędził trochę czasu w Polsce. Bardzo mu się podobało i umiał powiedzieć „karta Biedronka”.
Jeden z przystanków zrobiliśmy sobie w miejscowości Ferreira. Jak tylko weszliśmy do ogrodu przy albergue, zobaczyliśmy Gabrijela siedzącego przy jednym ze stolików. Pierwsze co od niego usłyszeliśmy, to coś takiego: „I am so glad I am not staying here tonight”. Bardzo nas to rozbawiło.
Ale Gabrijel miał trochę racji. O ile miejscówka, w której się znajdowaliśmy była przyjemna i kolorowa, to zdawało się, że w okolicy nie ma zbyt wiele ani do zobaczenia, ani do zrobienia. Było tam tak jakoś wyjątkowo sennie.
Po przerwie poszliśmy więc dalej i zawędrowaliśmy do As Seixas.

Nie mogę powiedzieć, że As Seixas to jakieś wybitne miejsce, dużo lepsze niż Ferreira. Ale z jakiegoś powodu nam dużo bardziej przypadło do gustu.
Gdy zaszliśmy do albergue, okazało się, że jesteśmy jednymi z pierwszych osób, co mocno nas zaskoczyło. Raczej obawialiśmy się, że zabraknie dla nas miejsca, więc tym bardziej nie spodziewaliśmy się, że będziemy tego dnia pionierami.

W każdym razie, albergue była bardzo czysta i nowoczesna, zdecydowanie jedna z fajniejszych na Camino Primitivo. Łóżka trafiły nam się fajne, przy ścianie, więc z większą prywatnością.
A jak tylko się ogarnęliśmy i wyszliśmy na zewnątrz, to spotkaliśmy Gabrijela, który oświadczył, że już na nas czeka.
Chwilę później siedzieliśmy w trójkę w barze i spędzaliśmy kolejne świetne popołudnie na camino.
Jak się okazało, jeśli chodzi o jedzenie, to w barze nie było zbyt wielu opcji. Ale pani, która nas obsługiwała, powiedziała, że może nam coś przyrządzić. Z tego co wymieniła, cała nasza trójka wybrała to samo, czyli talerz jajecznicy z szynką i frytkami. Za jedyne 5.50 euro!
Jedzenie okazało się przepyszne! I to była taka sielanka siedzieć pod drzewem w jakiejś nikomu nieznanej hiszpańskiej miejscowości, wcinać jajka, popijać piwko i prowadzić rozmowy. Naprawdę wspaniałe popołudnie.
Tak w ogóle, to spędziliśmy w tym barze mnóstwo czasu. Towarzystwo trochę nam się zmieniało, bo Gabrijel w pewnym momencie udał się na drzemkę, ale za to napatoczył się Angel. Później Gabrijel wrócił i przyszli też Włosi i Niemiec.
A później wszyscy razem poszliśmy do innego baru, gdyż miało tam być dobre jedzenie. Okazało się, że wielu rzeczy nie ma i musiałam zamówić sałatkę, za którą nie przepadam, ale i tak było fajnie i miło spędziliśmy czas.
As Seixas – A Calle de Ferreiros (38.5 km, 9.25h), 12.08.2025.
Miałam nadzieję, że noc w As Seixas będzie przyjemna, ale nie była i po raz kolejny się nie wyspałam.
Było bardzo gorąco, a w dodatku ktoś chrapał. Jak zwykle!
Wyszliśmy rano i tak sobie szliśmy, aż natrafiliśmy na jakąś miejscowość. W mini parku były ławeczki, więc zatrzymaliśmy się tam na śniadanie i zjedliśmy to, co jeszcze mieliśmy w plecakach.
A później poszliśmy dalej.
Przechodząc koło lasku, chyba eukaliptusowego, zauważyliśmy wypasające się w nim krowy. Pierwszy raz widziałam, żeby krowy pasły się w lesie. Ciekawe. Aczkolwiek wyglądały na zadowolone, więc zakładam, że tak się robi.


Gdy zbliżaliśmy się do Melide, zaczęliśmy słyszeć bardzo dziwne odgłosy. Były bardzo głośne, intensywne i długo nie mogłam się zorientować co słyszę. Było jeszcze wcześnie rano, więc naprawdę nie mogłam odgadnąć, co może je powodować.
Wszystko stało się jasne, gdy zbliżyliśmy się do budynku, z którego się wydobywały.
Okazało się, że jesteśmy w pobliżu rzeźni i to co słyszymy, to odgłosy zwierząt, prawdopodobnie zarzynanych.
Było to najgorsze, co w życiu słyszałam. Coś, co prześladuje mnie do teraz i czego nigdy nie zapomnę.
Widać byłam naiwna, ale myślałam, że w ostatnich latach dużo się zmieniło jeśli chodzi o traktowanie zwierząt. Myślałam, że w rzeźniach są regulacje, które wymagają humanitarnego podejścia.
Teraz już wiem, że tak nie jest, bo wrzaski, które słyszałam w Melide świadczyły o tym, że zwierzęta wiedziały co się dzieje. I skoro ja słyszałam te odgłosy, to słyszały je też pozostałe zwierzęta, zapewne czekające w kolejce na śmierć.
Było to jedno z najgorszych doświadczeń w moim życiu. Coś absolutnie przerażającego.
Niedługo po powrocie z Camino Primitivo wróciłam zresztą częściowo do wegetarianizmu. Było to coś, co rozważałam już od dłuższego czasu, ale powstrzymywała mnie chęć próbowania różnych potraw podczas podróży i generalnie wszelkie trudności, jakie wiążą się z poszczególnymi dietami w podróży.
Teraz uznałam jednak, że coś muszę zrobić, aby jak najmniej przyczyniać się do tego, co usłyszałam w Melide.
Mój kompromis polega na tym, że na co dzień nie jem mięsa, ale mam dyspensę w przypadku szczególnych okoliczności i podróży. Nie jest to idealne rozwiązanie, ale lepsze to niż nic.
Co do samego Melide, to jest to całkiem ładne miasteczko. Oczywiście zatrzymaliśmy się tam na postój, w jednym z barów, a także zwiedziliśmy kościół.
Poza kawą zamówiliśmy croissanty na ciepło z serem i szynką. Fajnie było zjeść coś ciepłego. Wiadomo, po takim śniadaniu i kawusi od razu lepiej się idzie.

Przy kościele znajduje się biuro pielgrzyma, czy coś takiego i stojący przy nim koleś zgarnął nas do środka. Następnie bił nam brawo, że idziemy Camino Primitivo.
Chwilę z nim pogadaliśmy, po czym ruszyliśmy dalej i … praktycznie od razu trafiliśmy na dzikie tłumy. To było wręcz nie do wiary! Ludzie byli wszędzie!
Szliśmy akurat przez jakiś park, alejkami i wszędzie byli ludzie w sportowych ubraniach, którzy wyglądali jakby wyszli na spacer albo jogging. Większość nie miała plecaków, co najwyżej takie malutkie. Było to mega dziwne. Oczywiście w kontekście tego, co jeszcze chwilę wcześniej odczuwaliśmy na szlaku.
Jak już wspominałam, to właśnie w Melide Camino Primitivo łączy się z Camino Frances i dlatego nagle przybywa pielgrzymów.
W każdym razie, trafiliśmy w ten tłum i jakoś tak od razu zrobiło się dziwnie. Niektóre osoby nawet nie odpowiadały na powitania.
Czuliśmy się jakbyśmy nie pasowali. No i trzeba było się pożegnać ze swobodą i względną samotnością w drodze.
Natomiast gdy trafiliśmy do kolejnego baru, to był wręcz zawalony ludźmi. Stolików było dużo, jak na mieście, a nie w małej miejscowości po środku niczego. Było głośno, wręcz imprezowo, sporo osób piło piwo i w ogóle nie czuliśmy atmosfery camino.
Jakiś czas później trafiliśmy do Ribadiso. Angel polecał nam to miejsce na nocleg i faktycznie wioska wyglądała super, bardzo sielankowo.
Było tam kolorowo, płynęła rzeczka, w której ludzie moczyli nogi, okolica wydawała się bardzo przyjemna. Taka oaza.
Spotkaliśmy tam dwóch starszych Włochów, których znaliśmy z Berducedo. Czekali pod albergue i mówili, że będą szli do Santiago jeszcze dwa dni.
My jednak postanowiliśmy kontynuować wędrówkę. Na tym etapie byliśmy już dość mocno zdeterminowani, żeby dojść do Santiago jak najszybciej. Nie wyobrażaliśmy sobie, że mielibyśmy jeszcze dwa dni męczyć się w tych dzikich tłumach.
Niedługo później dotarliśmy do miejscowości Arzúa, którą bardzo dobrze pamiętałam z poprzednich wędrówek. Na wszelki wypadek ustawiliśmy się w kolejce do albergue, ale zaczęliśmy szukać alternatywy. Nie uśmiechało nam się zostawać tam na noc.
Na szczęście udało się i zarezerwowaliśmy dwa łóżka w kompletnie mi nieznanej miejscowości A Calle de Ferreiros.
Oczywiście najpierw zaszliśmy do supermarketu po zakupy, trochę odpoczęliśmy, pogadaliśmy z Marą i Ukraińcami, których spotkaliśmy siedzących w jednym z barów, i dopiero ruszyliśmy dalej.
Do przejścia mieliśmy prawie 8 km, czyli dość sporo, zważywszy, że na koncie mieliśmy tego dnia już ponad 30 km. No ale cóż, motywację mieliśmy dość silną i trzeba było iść przed siebie. Tyle dobrze, że mając rezerwację, nie musieliśmy się śpieszyć. Natomiast na szlaku o tej porze nie było już prawie nikogo. Większość osób zostało w Arzúa.
Jakoś chyba na tym etapie zaczęliśmy zauważać hejt na pielgrzymów robiących krótkie dystanse. Na słupkach zdarzały się napisy typu: 100 km = tourist albo booking is cheating.
Szczerze, to nie spodobało mi się to. O ile uważam, że camino mocno się skomercjalizowało i zrobiło bardzo turystyczne, to taki hejt jest słaby i bardziej świadczy o osobie, która wypisuje takie rzeczy na słupkach i sprawia, że komuś może się zrobić przykro, niż o osobie, która idzie 100 km.
Trzeba pamiętać, że na camino wyrusza też sporo starszych osób, być może schorowanych, dla których nawet 100 km to ogromne wyzwanie. I nie wiem dlaczego ktokolwiek miałby to oceniać i krytykować. To z pewnością nie wpisuje się w ducha camino i nie jest zachowaniem, które przystoi pielgrzymowi.
Nie wiem też z jakiego powodu w niektórych ludziach jest taka silna chęć udowadniania, że jest się lepszym od innych.
Nie zmienia to jednak faktu, że charakter typowego pielgrzyma ewoluuje i ewidentnie jest to zjawisko, które zostało zaobserwowane, a nawet nazwane.
Wspominałam o tym już w jednym w poprzednich wpisów, ale to właśnie w albergue w A Calle de Ferreiros widzieliśmy w telewizji program na ten temat i pierwszy raz zetknęliśmy się z określeniem „turigrinos”.
No nic, ostatnimi laty zmiany w turystyce postępują bardzo szybko i zapewne będą postępować dalej.
Co do samej albergue w A Calle de Ferreiros, to była bardzo czysta i przyjemna, a łóżka trafiły nam się przy oknie. Dostaliśmy też prawdziwe prześcieradła i poszewki.
Niestety okolica była raczej średnia i żywcem nie było gdzie iść, co najwyżej do innego baru.
A Calle de Ferreiros – Santiago de Compostela (32.6 km, 7.75h), 13.08.2025.
Ostatni nocleg minął całkiem dobrze, może nawet najlepiej ze wszystkich. Na sali było sporo osób, ale wszyscy porządnie się zachowywali, nie byli głośno, poszli spać i nikt nie chrapał. Wstaliśmy więc dość wypoczęci.
Pomimo tego, a także faktu, że czekał nas ostatni dzień wędrówki i byliśmy blisko celu, to jakoś nastrój nie dopisywał i mnie osobiście brakowało sił. Czułam kompletną niemoc i brak energii. Trasa nie była ciężka, ale bardzo źle mi się szło.
Jak zwykle zadziałała dopiero kawa. Najpierw zatrzymaliśmy się na niby śniadanie, a jak tylko na horyzoncie pojawił się otwarty bar, to od razu do niego ruszyliśmy.
Drugi bar zaliczyliśmy w maleńkiej wiosce z kościołem. Można było do niego wejść, co było miłym urozmaiceniem przerwy na kawę.

Do przejścia mieliśmy ok. 31 km, ale wiedziałam, że jak dojdziemy do Monte de Gozo, to będzie już rzut beretem i wyczekiwałam tego momentu.



Gdy nastał, postanowiliśmy podejść pod pomnik wędrowców, który się tam znajduje, w związku z czym musieliśmy zejść trochę ze szlaku. Było warto. Panorama na miasto nie jest stamtąd zbyt imponująca, zwłaszcza przy kiepskiej pogodzie, ale fajnie zobaczyć na horyzoncie cel swojej wędrówki.


Wejście do miasta przyniosło sporo wspomnień. Rozpoznawałam wiele miejsc, chociaż od tej strony wchodziłam do Santiago ostatnio w 2013 r.
Pod katedrą znaleźliśmy się po godzinie 13. 13 sierpnia!
Cieszyłam się, ale jak zwykle nie czułam nic szczególnego. Nie wiem czemu tak mam. Bardzo lubię to miejsce, katedra jest piękna i wieńczy długą wędrówkę, wiele osób zachowuje się bardzo emocjonalnie, niektórzy nawet płaczą, a ja zawsze tak jakoś bez emocji. Nie wiem, może jest to kwestia po prostu tego, że nie lubię jak kończy się camino. Zawsze jest mi mało i wolałabym iść dalej. Zresztą o to właśnie chodzi w camino, o drogę, a nie o sam cel.



No nic. Jak zwykle zasiedliśmy pod katedrą na dłuższą chwilę i podziwialiśmy jej cudną bryłę, a także obserwowaliśmy innych pielgrzymów. Wypiliśmy też celebracyjny Kas.
A gdy uznaliśmy, że już czas, udaliśmy się do biura pielgrzyma.
Na miejscu czekała na nas niespodzianka, a mianowicie komputery do uzupełniania danych, po których otrzymywało się numerek w kolejce.
Gdy mieliśmy je już w rękach, zaczęliśmy kierować się w stronę ogrodu sądząc, że mamy przed sobą kilka godzin czekania.
A tu kolejna niespodzianka. Nagle okazało się, że nasze numerki już minęły! Czym prędzej podeszliśmy więc do dwóch wolnych stanowisk i chwilę później mieliśmy w rękach nasze compostele.
Chłop, który obsługiwał Kaspra nawet z nim nie pogadał. Po prostu wręczył mu dokument. Moja babka była milsza, ale i tak było to wszystko trochę dziwne. Pamiętam, że kiedyś polegało to na rozmowie i można było poczuć się docenionym za swój trud.
A teraz jest to chwila moment, nazwisko jest wydrukowane (na moich poprzednich compostelach było wypisywane ręcznie) i wszystko odbywa się bez większych emocji, trochę tak maszynowo.
Ehh, wszystko się zmienia i ewidentnie poza profilem typowego pielgrzyma, zmienił się też profil wydawacza composteli. Usprawniło to proces i to znacznie, ale zniknął mały element magii camino.
Za 3 euro można dostać dodatkowy certyfikat, który zawiera dystans. Mam coś takiego z poprzedniego camino, więc tym razem już nie chciałam. Po co mi tyle tych wszystkich certyfikatów?!
Co do noclegu, to znaleźliśmy całkiem spoko apartament niedaleko od centrum. Chyba coś się akurat zwolniło, bo dzień wcześniej sprawdzaliśmy i nie widzieliśmy tej opcji.
W każdym razie, byliśmy dość zmęczeni, więc poszliśmy tam i zostaliśmy do wieczora. Fajnie było wyłożyć się w łóżku w prywatnym pokoju z własną łazienką i po prostu poleżeć.
To kolejna rzecz jeśli chodzi o camino. Droga uczy cieszenia się z małych rzeczy.
Kasper poszedł na zakupy, wrócił z pizzą, którą zjedliśmy z dużą przyjemnością. W telewizji leciał akurat Poirot, więc obejrzeliśmy, a później zrobiliśmy sobie drzemkę.
Szczerze, to nie mieliśmy najmniejszej ochoty ruszać się z tego pokoju, ale z drugiej strony chcieliśmy po raz ostatni zobaczyć się z ludźmi, którzy towarzyszyli nam w tej drodze.
Dlatego też wieczorem napisałam do Mary i umówiliśmy się w centrum. Dołączyliśmy do niej i reszty ekipy w jednej z restauracji, jak już kończyli posiłek.
Niedługo później udaliśmy się razem do jakiegoś baru z muzyką na żywo. Właściwie to muzyka była na ulicy, gdzie też wszyscy stali i baunsowali. Chłopaki zaczęli zamawiać piwa jak szaleni i kolejki leciały jedna za drugą.
Mara zmyła się dość wcześnie i my planowaliśmy to samo, ale tak się jakoś złożyło, że jednak zostaliśmy.
W miedzy czasie Angel zaciągnął języka i dowiedział się, że w okolicy jest fajny klub o nazwie Momo i to właśnie tam udaliśmy się w następnej kolejności.
Rzeczywiście było tam fajnie i dość nietypowo, gdyż było to połączenie klubu i jednocześnie miejscówki dla rodzin z dziećmi. Impreza była na całego, ale jednocześnie było bardzo kulturalnie i w spokojnej atmosferze. Wciąż dziwiło, że są tam dzieci, no ale Hiszpania jest specyficzna jeśli o to chodzi.
Spędziliśmy tam sporo czasu, a nawet trochę się poruszaliśmy. Było to fajne zakończenie naszego wspólnego camino i pożegnanie. Bracia Włosi wyjeżdżali następnego dnia, więc już ich więcej nie zobaczyliśmy. Reszty ekipy zresztą też nie. Jedynie Mara mignęła nam gdzieś na ulicy następnego dnia.
Msza w katedrze.
Gdy ukończyliśmy nasze camino i dotarliśmy pod katedrę, było już po 13, więc wiedzieliśmy, że msza dla pielgrzymów już się skończyła.
Uznaliśmy, że pójdziemy nazajutrz i całkowicie odpuściliśmy tego dnia katedrę.
Przechodziliśmy jednak koło gigantycznej kolejki do wejścia i zastanawialiśmy się, czy pielgrzymi muszą w niej stać, aby wejść do katedry po ukończeniu swojej pielgrzymki.
Okazuje się, że tak.
Jest to trochę smutne, że ktoś idzie tyle dni, a może nawet miesięcy, a jak w końcu dojdzie, to ani nie może wejść do katedry głównym portalem, ani w ogóle nie wejdzie tak po prostu do budynku jeśli nie odstoi swego.
No ale cóż, takie mamy czasy i turyści są wszędzie. Nie możemy nawet za bardzo na to narzekać, gdyż sami nimi jesteśmy. Może nie koniecznie w tym konkretnym przypadku, ale jednak.
Tak czy inaczej, następnego dnia przyszliśmy pod katedrę sporo wcześniej, postaliśmy w kolejce i w końcu, jak zaczęli wpuszczać, weszliśmy do środka. Byliśmy na tyle blisko w tej kolejce, że nawet załapaliśmy się na miejsca siedzące. I całe szczęście, gdyż wkrótce okazało się, że stanie z kolanami, które przeszły tyle kilometrów, to prawdziwa katorga. O klęczeniu nie wspomnę.
Msza była po hiszpańsku, ale mnie to w sumie nie robiło zbyt dużej różnicy. I tak przyszłam głównie dla tradycji i atmosfery. Lubię tą katedrę i lubię w niej przebywać. Po tylu pielgrzymkach, czuję z nią jakąś taką więź, coś szczególnego. Jest dla mnie znanym miejscem, do którego wracam.
Niedaleko nas siedzieli trzej Chorwaci, których zapoznaliśmy kilka dni wcześniej i po mszy podszedł do nich też Gabrijel. Chwilę pogadaliśmy i umówiliśmy się na wieczór.
Każdy chciał zwiedzać katedrę, ale rozdzieliliśmy się. My wiedzieliśmy, że pewnie zejdzie nam mnóstwo czasu, jak zawsze. Ja lubię sobie wszystko dokładnie pooglądać, nawet jeśli, tak jak w tym przypadku, dobrze znam jakieś miejsce.
Okazało się, że aby objąć św. Jakuba i zobaczyć skrzynię z jego domniemanymi szczątkami, trzeba wyjść z katedry i stanąć w kolejnej pokaźnej kolejce.
Na szczęście posuwała się do przodu stosunkowo szybko i nie trwało to jakoś bardzo długo.
Następnego dnia też wybraliśmy się na mszę o 12:00, gdyż jak zdążyliśmy się w między czasie zorientować, 15 sierpnia wypadało ważne święto kościelne. Z tej okazji msza miała być wyjątkowa i co najważniejsze, miało być odpalone botafumeiro, czyli słynna, ogromna kadzielnica.
Tym razem przyszliśmy pod katedrę jeszcze wcześniej niż poprzedniego dnia (jakoś po 10), a kolejka była już gigantyczna i cały czas się powiększała. Spotkaliśmy Gabrijela i jednego z grupy trzech Chorwatów, więc dołączyliśmy do nich i spędziliśmy ten długi czas w kolejce razem. Później siedzieliśmy też koło siebie podczas mszy.
Okazało się, że wybraliśmy super miejsca, gdyż siedząc po lewej stronie od ołtarza (stojąc do niego twarzą), byliśmy tuż obok procesji. Ogólnie dużo lepiej siedzieć po bokach ołtarza, a nie na wprost, gdy ma być botafumeiro, gdyż jest ono rozhuśtywane właśnie na boki.
Co do procesji, to grupa księży niosła lektykę ze srebrną figurą Matki Boskiej i przechodzili właśnie obok nas, a także zatrzymali się przy nas na czas huśtania botafumeiro.
Dzięki temu mogliśmy zaobserwować coś bardzo ciekawego.
Otóż przed botafumeiro mówiono żeby nie robić zdjęć i nie nagrywać. Jak tylko kadzielnica została uniesiona, mnóstwo ludzi sięgnęło po telefony. Trochę mnie to zdziwiło, bo przecież mówili, żeby tego nie robić, no ale powiedzmy, że po turystach, czy nawet pielgrzymach, można się spodziewać takiego zachowania. To co naprawdę mnie zaskoczyło, to fakt, że po telefony sięgnęli również stojący koło nas księża!!! Aż trudno było uwierzyć! Nie mówiąc już o tym, że wyglądało to przekomicznie. Tacy poważni ludzie w zdobionych szatach, a tak im zależało żeby mieć filmik na telefonie.
No nic, jeśli ktoś chce tak doniosły moment oglądać przez sztuczną barierę jaką jest ekran telefonu, to nie moja sprawa.
My skupiliśmy się na botafumeiro i poświęciliśmy te kilka minut na przeżywanie chwili.
Muszę przyznać, że ten pokaz naprawdę robi wrażenie. Zobaczenie kadzielnicy pędzącej przez kościół z tak ogromną prędkością przy akompaniamencie wzniosłej muzyki organowej, jest naprawdę niezwykłym doświadczeniem, wręcz unikatowym.
Kadzielnica huśtała się nad naszymi głowami i czuć było jej ciężar i tą prędkość. To naprawdę czuć i jest to troszkę niepokojące.
Jak wyczytałam w książce w sklepie z pamiątkami, kadzielnica porusza się z prędkością nawet do 68 km/h! Waży 53 kg, a jej wysokość to 94 cm. Obecne botafumeiro pochodzi z 1851 r., a odrestaurowano je w 2006 r. Jest wykonane z posrebrzanego mosiądzu.
Oryginalna kadzielnica została skradziona przez wojska francuskie w 1809 r.
Aby wprowadzić botafumeiro w ruch, potrzeba kilku osób, które ciągną za grube liny. Ubrani są w purpurowe peleryny, co wygląda naprawdę fajnie.
To nie był dla mnie pierwszy raz, gdy widziałam botafumeiro w ruchu, ale jest to tak ciekawe i imponujące wydarzenie/doznanie, że raczej nigdy mi się nie znudzi.
Kasper widział to po raz pierwszy.






Museo Catedral de Santiago.
Jeśli chodzi o zwiedzanie Santiago, to tym razem wybraliśmy się do Museo Catedral de Santiago. Ja już je kiedyś zwiedzałam (w 2013 r.), ale z przyjemnością zwiedziłam je ponownie.
Do wyboru są różne rodzaje biletów, ale żeby wejść na Ratchet Tower brakowało terminów. Nam na tym jakoś szczególnie nie zależało, więc wzięliśmy bilet, który obejmował tylko kolekcje muzealne. Z Portico of Glory też zrezygnowaliśmy, gdyż ja już widziałam, a Kasper nie miał ochoty oglądać.
Nasz bilet obejmował wejście do czterech różnych miejsc i na szczęście dało się z niego korzystać przez dwa dni, więc nie musieliśmy oglądać wszystkiego na raz. A do zobaczenia jest naprawdę masa pięknych przedmiotów plus sale, krużganki, krypta i budynek Museo Diocesano, wraz ze znajdującym się tam kościołem, który jest przepiękny.
Widok z góry na Praza do Obradoiro (my oglądaliśmy z krużganków) nie jest szczególnie imponujący, i właśnie dlatego na tej wieży zbytnio nam nie zależało.
Wystawy muzealne są mega, a artefakty zachwycające, ale mało co można się dowiedzieć. Nie ma zbyt dużo informacji po angielsku, co jest co najmniej zaskakujące.












Życie pomiędzy camino.
Jak już wspomniałam w jednym z wcześniejszych wpisów, pomiędzy Caminho Portugues da Costa, a Camino Primitivo minęło sześć lat.


Aż ciężko mi uwierzyć, jak bardzo zmieniło się nasze życie pomiędzy tymi dwoma wędrówkami.
Gdy wyruszaliśmy z Porto, byliśmy dwójką młodych, całkowicie niezależnych osób, przygotowujących się do największej podróży w dotychczasowym życiu. Chwilę wcześniej wróciliśmy z ponad 4-letniego pobytu w Chinach, nie mieliśmy stałego adresu zamieszkania, nasze rzeczy były poupychane po domach rodziców, a my mogliśmy kupić bilety lotnicze w dowolne miejsce w świecie i lecieć nie oglądając się za siebie. A później kupić kolejne bilety i lecieć gdzie indziej.
Tak zresztą zrobiliśmy.
Co wydarzyło się przez te 6 lat od momentu, gdy staliśmy pod katedrą w Porto z paszportami pielgrzyma w rękach?
Bardzo dużo!
Po pierwsze, odbyliśmy tą naszą wielką podróż, która ostatecznie trwała 6 miesięcy. Zwiedziliśmy 11 krajów, przeżyliśmy niezliczoną ilość przygód.
Później była pandemia, która wszystkim ludziom na świecie wywróciła świat do góry nogami. Również nam, zwłaszcza, że to właśnie na samym początku pandemii musieliśmy całkowicie od nowa układać sobie życie w Polsce. Po 5 latach nieobecności!
W pierwszej kolejności adoptowaliśmy psa.
Następnie dostaliśmy nowe prace, adoptowaliśmy drugiego psa, a niedługo później okazało się, że zostaniemy rodzicami. Jakoś w między czasie rozpoczęliśmy też poszukiwania domu.
Dokładnie w dniu, na kiedy miałam wyznaczony termin porodu, staliśmy z Kasprem w miejscu, gdzie obecnie znajduje się nasz ogród i patrzyliśmy jak powstaje nasz dom, który wtedy był na etapie fundamentów.
Wprowadziliśmy się do niego półtora roku później, razem z naszą półtoraroczną córeczką i dwoma psami.
Były też kolejne zmiany pracy, pierwsze podróże z dzieckiem i bez, następnie pierwsza piesza wędrówka po przerwie, a także wykańczanie naszego domu, projektowanie mebli, sadzenie roślin i wiele innych poważnych spraw, którymi zajmują się dorośli ludzie.
Podsumowując, naprawdę dużo wydarzyło się w naszym życiu pomiędzy Porto a Oviedo. Jak teraz o tym myślę, to aż nie mogę uwierzyć.
Nasze życie wywróciło się w tym czasie o 180°. Dosłownie! I w dobrym tego słowa znaczeniu.
Może nie jesteśmy już wolnymi ptakami z Porto, ale jesteśmy niemniej szczęśliwymi ptakami ze stałym miejscem zamieszkania z Oviedo.
Mam wrażenie, że camino zawsze wyznaczało ważne etapy w moim życiu i często popychało mnie w konkretnym kierunku. Chyba nadal tak jest.
I to jest ta magia camino, którą odkryłam już za pierwszym razem i wierzę, że jestem tu, gdzie jestem, właśnie dzięki mojej pierwszej wędrówce.
Zmiany jakie w nas zachodzą podczas camino nie zawsze są widoczne na pierwszy rzut oka, ale mają wpływ na nasze późniejsze życie. Jestem przekonana, że tak jest, a już na pewno w moim przypadku.
Dlatego myślę, że będę wracać na camino do końca mojego życia, tak często jak tylko będzie to możliwe. Tyle tylko, że poza okresem wakacyjnym.







